Mozambik. Wielką ciężarówą do Malawi.

1. 20101113-44  Afryka. Mozambik, autostopem do Malawi

Po kilkudniowym pobycie w magicznym miejscu Mozambiku jakim jest Ilha de Mocambique postanowiłem przedostać się do małego, przyjaznego państwa Afryki Centralnej – Malawi. Plan miałem prosty, dotrzeć z Ilha do Nampula, wsiąść w pociąg co drugi dzień sunący 11 godzin poprzez góry północnego Mozambiku do Cuamba. Kolejnego dnia przekroczyć granicę i dotrzeć do Blantyre w Malawi. Prosty na pozór. Ulewy pory deszczowej zawaliły most kolejowy i jedyne regularne połączenie w założonym kierunku przestało istnieć. Została uciążliwa podróż murzyńskimi taksówkami kursującymi od miasta do miasteczka lub autostop.

2. 20101113-40  Afryka. Mozambik, autostopem do Malawi

   Na Ilha wsiadam na pakę małej ciężarówki, dobieramy „do pełna” współtowarzyszy podróży i gnamy do odległego o kilkadziesiąt kilometrów skrzyżowania z główną drogą na Nampula.

   W narastającym upale stawiam plecaki w przydrożnym pyle i macham wszystkim nadzwyczaj rzadko przejeżdżającym pojazdom. Po dobrej pół godzinie zatrzymuje się ogromna zakurzono-biała post amerykańska ciężarówka z wielką naczepą zakrytą pomarańczowym brezentem.

Czytaj dalej

Mozambik. Ilha de Mocambique, porysowany brylant.

1. Afryka. Mozambik. Ilha de Mocambique, Zielony Meczet

    Trzydziesty pierwszy grudnia. Wieczór. Jest ciepło i duszno, pot ścieka mi po twarzy, plecach i nogach, koszulka pod plecakiem jest mokra na wylot, ale przyjemność marszu, którego celem jest niezwykłe miejsce na mapie świata pozostaje niezmienna. Mogę złapać stopa, ale chcę dobitnie poczuć atmosferę i magię miejsca. Jestem podniecony wizją spędzenia najbliższych dni w malowniczych resztkach tego, co portugalski imperializm zostawił po sobie w dawnej, niezwykłej stolicy kolonii Portugalii Wschodniej Afryki. W magicznych zaułkach kolonialnej architektury Wyspy Mozambik – Ilha de Mocambique.

2. Afryka. Mozambik. Ilha de Mocambique, uliczki Kamiennego Miasta

3. IMG_6194

Barierkę i budkę kontrolną na końcu wąskiego trzykilometrowego mostu łączącego nabrzeże Mozambiku z wyspą osiągam w pełnych ciemnościach. Oprócz uśmiechniętego i nieco zdziwionego moim przybyciem na piechotę strażnika kontrolującego z rzadka przejeżdżające niewielkie zdezelowane ciężarówki tubylców, które mijają się w zatoczkach mostu dowożąc zaopatrzenie i wywożąc głównie ryby i ludzi, wita mnie kilka chybotliwych lamp ulicznych ginących w mroku wąskich wyboistych uliczek rozchodzących się od placu przy wjeździe na Ilha. Wybieram pierwszą idącą w kierunku północnym, bo ta część wyspy grupuje najwięcej zabytków i potencjalnych miejsc do spania, z którymi może być krucho z uwagi na zbliżający się Nowy Rok. Potwierdzały to moje wcześniejsze telefony do kilku tańszych miejsc. Zajęte. Ale od czego jest mój wrodzony optymizm.

Czytaj dalej

Mozambik. Przekraczając rzekę Zambezi

   Rzeka Zambezi, magiczna dzika nieuregulowana wielka woda nad którą nie przewieszono mostu na drodze łączącej południe z północą kraju, granica za którą zaczyna się inny Mozambik, inna Afryka. Aby wędrować dalej musiałem ją pokonać. Nie poddała się bez walki.

   Autobus z Vilankulo do Beiry startuje o 4.30 rano. Na miejscu odjazdu muszę być najpóźniej o 4.00 by mieć szansę załapać się na wolne miejsce. Jeśli nie, następny jutro. Zajmuję jedno z ostatnich wolnych miejsc i punktualnie (!) ruszamy. Cena 350 Meticais (35 złotych). Jazda przez tą część Mozambiku to niewyobrażalna nuda.

Czytaj dalej

Mozambik. Bazaruto Archipelago, połamany maszt.

Wybrzeże Mozambiku ma około dwóch i pół tysiąca kilometrów. Aby przedostać się z jego południa na północ korzystając z transportu publicznego, jak wzniośle nazywa się to, co po tutejszych nadzwyczaj dziurawych drogach krąży, trzeba sporo wyrozumiałości i samozaparcia. No i czasu. Afrykańskiego czasu, który liczy się zdecydowanie inaczej niż u nas w Europie. Czas to nie pieniądz. Czas to coś, co mija wolno. I nie wiadomo, co może się wtedy wydarzyć. Złego i dobrego.

Czytaj dalej

Mozambik. Tofo Beach, Boże Narodzenie na plaży oceanu.

Została mi przylegająca do targu rybna restauracyjka z załogą odzianą w mikołajowe czapy, gdzie zamiast karpia dostałem (całkiem dobrą) barakudę a kolędy zastąpiła przebojowa afro-amerykańska muzyka charcząca głośno z  wiekowych kolumn. Nastrój poprawiał bajecznie kolorowy widok na pofruwające na wietrze capulanas pod którymi równie kolorowe sprzedawczynie oferowały swój towar.

Co nieco niepokojony przez przewodniki turystyczne informacjami o świątecznym zalewie południowego wybrzeża Mozambiku przybywającymi tu swoimi napędzanymi na cztery koła pojazdami Południowoafrykańczykami dotarłem z Maputo, stolicy Mozambiku, do Tofo Beach koło Inhambane. Niewielki autokar po kilku godzinach jazdy zatrzymał się niemal na plaży od której dzieliła mnie drewniano-słomiana architektura usytuowanego na wydmach backpackersa Fatima’s Nest, z którego roztaczała się wspaniała panorama na Ocean Indyjski zamknięty z prawej strony niewielką zatoką z wioską rybacką. Nadzwyczaj malownicze miejsce.

 

   Przewodnikowe wieści były mocno przesadzone, bez problemu dostałem miejsce (300 Mt = 30 zł za noc) w wieloosobowej chacie (podłogą jest piasek wydm) z piętrowymi łóżkami nad którymi wisiały niezbędne moskitiery i kręcił się wielki wentylator zawieszony u powały, przypominając nieco klimat Czasu Apokalipsy, jeśli ktoś jeszcze pamięta początek tego filmu. Jest równie gorąco, ale zdecydowanie bardziej pokojowo. Za parę dni święta.

Czytaj dalej

Mozambik. Maputo, rewolucyjny postkolonializm.

Śpię w backpackersie Fatima’s Place. Piętnaście minut piechotą do nabrzeża i centrum. Plus gratis mapka z zaznaczonymi rejonami miasta, których zdecydowanie należy unikać. W toalecie duża informacja: Nie zabieraj na miasto żadnego noża, policja na pewno ci go skonfiskuje! Zastosowałem się do obu wskazówek.

 

Maputo, dworzec kolejowy Gustawa Eiffla

Maputo, promenada nad Oceanem Indyjskim

   Do Mozambiku wystartowałem ze stolicy Suazi (Swaziland) Mbabane zapakowaną do granic wytrzymałości, jak to w Afryce, murzyńską taksówką, czyli mocno przechodzonym minibusem. Bagaż który nie mieścił się już na kolanach i pod nogami podróżnych, w tym i mój duży plecak, upchnięto za dodatkową opłatą (10 Randów = 3,50 zł) w niewielkiej, równie marnej co bus kondycji przyczepie. Obwiązano sznurkiem, nakryto derką i gdy nie dało się już wcisnąć ani jednej osoby więcej ruszyliśmy.

Czytaj dalej

I like to spend some time in Mozambique

I like to spend some time in Mozambique
The sunny sky is aqua blue
And all the couples dancing cheek to cheek.
It’s very nice to stay a week or two (…)

And when it’s time for leaving Mozambique,
To say goodbye to sand and sea,
You turn around to take a final peek
And you see why it’s so unique to be
Among the lovely people living free
Upon the beach of sunny Mozambique

 Bob Dylan

 

 Mozambik

     Opowiadając o tym kraju mógłbym właściwie poprzestać na  fragmencie piosenki Dylana, gdyż jest to kwintesencja wolnego Mozambiku. Tyle tylko, że wiele wydarzyło się pomiędzy pierwszą a ostatnią zwrotką w czasie mojego kilkutygodniowego tam pobytu.

Suazi. Incwala, święto pilnie strzeżone.

„Wyciągnąłem małą kamerę i udaję, że dalej robię zdjęcia. Nakręciłem może 15 sekund. Coś szarpnęło mnie za ramię i wyciągnęło z szeregu. Była to wielka łapa ochroniarza. Gdy spojrzałem w jego oczy, wiedziałem, że mam problem.”

Suazi. Mbabane. Święto Incwala, ministrowie.

Poranek zajmuje nam próba załatwienia formalnej przepustki dla mnie na wjazd na teren wojskowy, na którym odbywa się próba generalna przed świętem Incwala, świętem powitania Nowego Roku.

   Jest to jedna z największych i najbardziej fascynujących uroczystości w Afryce znana jako „Święto Świeżych Owoców”. Odbywa się, w zależności od położenia księżyca względem słońca, w grudniu lub styczniu każdego roku. Incwala to tańce, śpiewy i modły o błogosławieństwo przodków, uświęcenie królestwa, dobre zbiory podczas żniw w wykonaniu tradycyjnie ubranych tancerzy, wśród których są najważniejsze osoby państwa, w tym wszyscy ministrowie, żony i najważniejsza osoba – Królowa Matka panującego króla Mswati III. Tańczą podczas święta tłumy półnagich kobiet i dziewcząt Suazi mających nadzieję na przychylne spojrzenie króla i szansę zostania jedną z jego małżonek.

   Możliwość wykonywania zdjęć jest ograniczona, filmować może jedynie ekipa filmowa panującego króla. A ja chciałem i jedno i drugie.

  Czytaj dalej

Suazi. Sibebe Rock, największa granitowa góra Afryki – film

Kolejny film z Suazi.
Zdobywamy Sibebe Rock. Góra jest po prostu imponująca! Jest to drugi co do wielkości, po australijskim Ayers Rock, granitowy głaz na ziemi. A jego wystająca ponad ziemię część jest nawet większa od australijskiej! Ale najpierw zajrzymy do Mbabane, stolicy kraju, i pobuszujemy po tamtejszym targowisku. Uwaga! Spotkamy również czarnoskórych karateków.

Link do filmu: 

  

Suazi. Sibebe Rock, 1488 m npm, największa granitowa góra Afryki.

Zgodnie z umową Joshua i Gillian wpadają  po mnie do Grifters Lodge w Mbabane, gdzie spędziłem kolejną noc. Tyle, że „african time”, czyli afrykańskiego czasu. Spóźnieni o niemal godzinę. Szalona przewodniczka jak zwykle wita mnie mnóstwem słów z których potoku wyłapuję, że nie ma dziś czasu się mną zająć i obowiązki gospodarza przejmuje Joshua. OK., OK. – damy radę. Paląc nieustająco skręta za skrętem podrzuca nas na dworzec autobusowy w Mbabane, zasypując lawiną informacji jak mamy dojechać, gdzie iść, co zobaczyć, czym jest Sibebe, kto nas odbierze, gdzie zaprowadzi, jak wrócić. No i jutro oczywiście się spotykamy, bo jest generalna próba przed świętem Incwala i koniecznie muszę to zobaczyć! Przez półgodziny jazdy zdołałem trzykrotnie powiedzieć - yes.

   Wsiadamy we wskazany autobus, który zresztą Joshua doskonale znał, i najpierw obskurnymi przedmieściami Mbabane a potem malowniczą drogą Pine Valley  (Doliną Sosen) nad rzeką Mbuluzi docieramy do podnóża Sibebe Rock. Skała jest po prostu imponująca! Jest to drugi co do wielkości, po australijskim Uluru (Ayers Rock), granitowy głaz na ziemi. A jego wystająca ponad ziemię część jest nawet większa od australijskiej!

Czytaj dalej