RPA. Golden Gate NP. Wodehouse Peak, 2438 m npm.

Po przedostaniu się przez niezwykle widowiskową i trudną do sforsowania przełęcz Sani Pass, 2865 m npm, odwiedzeniu niewielkiego, ale interesującego Leshoto (Lesoto), wróciłem w południowo-afrykańskie góry przez kolejną malowniczą przełęcz Monantsa. Dzięki jak zawsze pełnym muzyki, ludzi i bagażu murzyńskim taksówkom dotarłem do cichego Karma Backpackers w Kestell, małej mieścince w sąsiedztwie Golden Gate Highlands National Park. Mili gospodarze udostępnili mi Internet, poczęstowali własnej roboty wieloma odmianami dżemów a następnego dnia podrzucili na drogę prowadzącą do Clarens, prosto przez Golden Gate.

   Po półgodzinie złapałem stopa, którym zajechałem drogą wijącą się wśród gór przypominających scenografię amerykańskich westernów a następnie przez plątaninę białych skalnych urwisk o niespotykanych kształtach i niezwykłych rozmiarach wprost pod Glen Reenen Rest Camp (nocleg w stylizowanej chacie 440 Randów/2osoby i 780/4 osoby), gdzie znajduje się wejście główne do Parku. Minęliśmy wcześniej szutrowe jednokierunkowe okrężne odnogi, które uciekały do widokowych tras takich jak pełne zebr Oribi Loop czy antylop Blesbok Loop.

Czytaj dalej

RPA. Drakensberg Mountains, Góry Smocze w afrykańską pogodę.

Koniec listopada to lato w pełni. Przynajmniej w tej części świata. Jest ciepło, czasami bardzo ciepło. Ale jest to też pora deszczowa, czego ciągle nie chciałem przyjąć do wiadomości, mimo, że w Afryce jestem już prawie miesiąc. Afryka to Afryka, powinno być (według moich wyobrażeń) gorąco i sucho. Mój ignorancki stereotyp nad wyraz skutecznie zweryfikowały wysokie góry Drakensberg, ciągnące się kilometrami wzdłuż granicy RPA i Lesotho (Lesoto) w krainie KwaZulu-Natal. Najwyższy, leżący po stronie Lesotho szczyt Thahana Ntleynyana ma 3482 m npm. I znajduje się niedaleko przełęczy Sani Pass, pod którą założyłem swoją pierwszą bazę w tych górach.

  Czytaj dalej

RPA. Bożonarodzeniowa msza listopadowego lata w Oudtshoorn.

Zanim zawitałem do Oudtshoorn, miasta leżącego na południu Afryki Południowej w malowniczej krainie Little Karoo (Karru Małe) winem i jajecznicą ze strusich jaj płynącej, zaczerpnąłem nadmorskich przyjemności a potem zatrzymałem się w Swellendam. Jeśli ktoś chciałby zakosztować kolonialnej atmosfery miejsca leżącego u podnóża gór będących Rezerwatem Przyrody Marioth (sporo pieszych tras turystycznych) a Parkiem Narodowym Bontebok (antylopy, zebry) nie znajdzie lepszego miejsca.

Czytaj dalej

RPA. Arniston, czyli południowo-afrykańska turystyka.

Pakuję się. Jeszcze poranna wizyta w latarni morskiej (wstęp, łącznie z małym muzeum, 15 RSA) w której usadowiła się niewielka restauracja i kawiarnia w jednym (danie dnia 35 RSA), w pobliskiej galerii z tysiącami pamiątek z Cape Agulhas, gdzie można również wypić kawę i zjeść świeże ciacho (15 RSA) i u sąsiedniego malarza, który swoje marynistyczne dzieła wystawia przed czymś co jest skrzyżowaniem chaty z małym pawilonem i czas wyruszać do odległego o kilkadziesiąt kilometrów Arniston. Jest to wioska pełna białych, krytych (głównie) strzechą chat rybackich, którą w całości uznano za zabytek.

Czytaj dalej

RPA. Cape Agulhas. Spotkanie z Koi Koi.

Świt budzi mnie szumem wzburzonego oceanu. Jest ogromny i majestatyczny. Potężny. Przy takiej pogodzie czuć jego moc. Jestem pod wrażeniem. W przeciwieństwie do kormorana, którego poranny sztorm wprawił w fantastyczny humor. Kąpie się w porannej bryzie, wystawia skrzydła na wiatr, łapie w piórka siłę oceanu, wzbija się w powietrze i nagle opada w dół szybując tuż nad powierzchnią wzburzonej wody, mając sobie za nic jęzory fal niemal łapiące w swe przepastne ramiona małego ptaka. Pokazuje bystrzak, kto tu rządzi. Fascynujące.

Czytaj dalej

Przylądek Igielny. Tu kończy sią Afryka, tu spotykają się dwa oceany.

Szybkie śniadanie w cenie pobytu – płatki, zimne toasty, dżem, herbata z mlekiem – i już stoję, w cieniu jedynego drzewa,  na drodze wylotowej do Bredasdorp. Oczywiście z dużą kartką z nazwą miejscowości. Dosłownie po kilku minutach zatrzymuje się pickup i podrzuca w 1/3 trasy. Teraz stoję w słońcu w Stanford. Krótko. Osobowa bryka zabiera mnie kolejne 50 kilometrów na drogę Caledon – Bredasdorp – L’Agulhas. Idzie jak z płatka. Ale wysiadam w szczerym polu. Tylko wielkie pola uprawne i góry w tle. Pięknie, ale totalnie pusto. Ruch mniej niż umiarkowany.

Czytaj dalej

RPA. Cape Agulhas. Ciężarówką na podbój Afryki, czyli utknąłem w Hermanus.

  

Moim kolejnym celem w Republice Południowej Afryki jest Cape Agulhas, Przylądek Igielny, najbardziej na południe wysunięty przyczółek kontynentu afrykańskiego, miejsce spotkania dwóch Oceanów, ciepłego Indyjskiego od wschodu i zimnego Atlantyckiego od zachodu. Tu kończy się Afryka.

   Na dworcu kolejowym Cape Town, wyczytując z mojej mapy, że tory kolejowe biegną do Bredasdorp (ok.200 kilometrów od Kapsztadu) w pobliżu przylądka, proszę o bilet do tego miasteczka. Otrzymuję uprzejmą informację, że tam pociągi nie dojeżdżają. To może chociaż do Caledon w połowie drogi? Też nie. Mogę dojechać do Strand. Kilkadziesiąt kilometrów od Cape Town. A co potem? – pytam.

Czytaj dalej

RPA. Przylądek Dobrej Nadziei. Własnymi drogami.

Być w Kapsztadzie i nie zobaczyć Przylądka Dobrej Nadziei, Cape of Good Hope – niemożliwe! Toż to jedno z magicznych miejsc na naszej kuli ziemskiej. Ale zanim tam się wybrałem objeździłem miasto na moim (no, niezupełnie) kochanym rowerku.

   Odwiedziłem pobliską do Long Street dzielnicę wielobarwnych domków kolorowej (głównie malajscy muzułmanie) ludności, czyli Bo-Kaap. Staje się powoli modna, bo domki na jej obrzeżach adoptują na swoje potrzeby architekci, artyści czy inni „wolni” przedsiębiorcy.

Czytaj dalej

RPA. Table Mountain, Góra Stołowa w Kapsztadzie. Własnymi drogami.

Góra Stołowa, Table Mountain

   Kolejnego ranka, mijając w bramie backpackersa wracających z imprezy, wyruszam na pożyczonym rowerze na podbój najwyższej góry w okolicy, wyrastającej tuż przy końcu mojej ulicy. Bo gdy kończy się Long Street rozpoczyna się wspinaczka. Najpierw Kloof  Street a potem Kloof Nek. Aż do małego ronda. Było tak ostro, że musiałem rower momentami podprowadzać. Tu uzupełniam płyny w organizmie, idąc w ślady tubylca, popijając wodę z przydrożnego kraniku („made in England”, jak pisało na żeliwnym urządzeniu). „Kraniczanka” w Cape Town jest znakomita i zdatna do picia bez przegotowywania.

   Dalej strome serpentyny Tafelberg Street prowadzą mnie pod stację kolejki linowej na Table Mountain, mijam ją bez żalu i za kilkaset metrów, po 1,5 godzinie jazdy od mojej bazy, docieram do oznakowanego szlaku biegnącego przez przełęcz Platteklip Gorge na Beacon, bo stąd najszybciej dostać się można na najwyższy szczyt pasma, Maclear’s Beacon (1088 m npm).

   Tylko co z rowerem? Wyczytałem, że na początku szlaku jest budka informacji turystycznej i parking. Są. Zamknięta i niestrzeżony. Przypinam więc rower do balustrady na zakręcie. Będzie widoczny dla potencjalnych złodziei ale i kierowców. W tym momencie mija mnie grupka turystów brytyjskich z afrykańskim przewodnikiem. No i zaczyna się! Każdy, łącznie z guidem, doradza mi jak schować rower, bo tak zostawić go nie mogę! Jest i karkołomna wersja – na dachu informacji. Trochę się przestraszyłem, co powiem Romkowi, jak mi zniknie rower. Stracę przyjaciela w RPA?

Czytaj dalej