Kuba. Varadero. Harleyowcy w krainie rajskich wysp.

2b. Kuba. Varadero. Plaza IMG_5769

Jedna z twarzy Kuby to wspaniałe białe plaże, turkusowe wody wybrzeża, palmy i wakacje, wakacje, wakacje….. Jednym z takich miejsc jest Varadero, miejscowość oferująca wakacyjne przyjemności w stu procentach.

17b. muzyka i taniec IMG_5818 46a. Kuba. Varadero. Plaza America IMG_5720

Przybyszów wita kapela klubu „The Beatles” w iście rock&rollowym rytmie granym na żywo na placu przed turystycznym kompleksem „Plaza America”, wychodzącym wprost na białą plażę. Nie jest to rzecz zwyczajna w najnowszej historii Kuby – muzyka takich zespołów jak The Beatles czy Rolling Stones była przez lata zakazana.

Czytaj dalej

Indonezja. Parangtritis. Seafood w Cafe de Paris i klasyka podróży.

1 IMG_3264

Relację z podróży po Indonezji zacznę od końca. Od ostatniego dnia. Ale oddaje on po części charakter mojego podróżowania po tym kraju. Choć bywało i całkiem inaczej. Ale o tym w następnych relacjach.

Ostatni dzień mojego pobytu w Indonezji. Plaża w Parangtritis nad Oceanem Indyjskim. Jawa, niedaleko Jogjakarty. Fajne miejsce, super pomysł na taki dzień. Nic nie zapowiadało wyjątkowych przeżyć.

2 IMG_3217 3 IMG_3106

Czytaj dalej

Jamajka. Nie tylko rum, reggae i all-inclusive.

IMG_4722

W najnowszym magazynie All Inclusive Michała Domańskiego ukazał się mój artykuł „Jamajka. Nie tylko rum, reggae i all-inclusive”.

Jamajka. Gdy zamkniemy oczy i wyobraźmy sobie to miejsce, zobaczymy natychmiast słońce, białe plaże, krystalicznie czystą błękitną wodę Morza Karaibskiego, palmy i rozbawionych ludzi. Usłyszymy muzykę reggae, pojawią się nam obrazy związane z Bobem Marleyem. W ustach poczujemy smak rumu i egzotycznych drinków. Z czym jeszcze kojarzy nam się Jamajka? Na pewno z fantastyczną historią jamajskich bobsleistów startujących na zimowej olimpiadzie czy współczesnym herosem sportu – Usainem Boltem.

Oczywiście każdy z nas znajdzie własne skojarzenia i wyobrażenia. Miałem niezwykłą przyjemność skonfrontować swoje z rzeczywistością. Jamajka nie zaskoczyła mnie temperaturą, gdyż ta cały rok jest podobna, oscyluje w granicach 30 stopni Celsjusza. Zaskoczyła faktem, że mimo tego są tu sezony turystyczne. Pora deszczowa, czyli krótka ulewa w godzinach wieczornych na tyle zniechęca turystów, że we wrześniu bez problemu znajdziemy nocleg w hotelu i miejsce w restauracji czy pod plażowym parasolem. A przecież nie pada codziennie, a chmury, które nagle pojawiają się na horyzoncie, są fantastyczne! (…)

Więcej:
http://www.all-inclusive.com.pl/artykuly/dalekie-podroze/5158-jamajka,-czyli-nie-tylko-rum,-reggae-i-all-inclusive

Poniżej pdf całego artykułu

p02_ALL_dalekie podroze_JAMAJKA

Jerzy Pawleta, Jamajka 2015

Jeśli Czarnogóra, to tylko Boka Kotorska, czyli wyrzuć przewodniki do kosza.

Czarnogóra. Boka Kotorska IMG_8373

To, co stało się z wybrzeżem Czarnogóry, może być synonimem katastrofy turystycznej. Na 100-kilometrowym odcinku pomiędzy Herceg Novi a Ulcinj skomasowało się całe nieszczęście turystyki wypoczynkowej, czyli tak zwanego pędu do słońca. Zapchane do ostatniego kamyka plaże, tłumy na deptakach, korki w miastach, które nie są przygotowane na taką inwazję turystów z własnego interioru, państw ościennych i turystów zagranicznych. Wklejanie wielkich hoteli w każde wolne, piękne miejsce małego wybrzeża.

Czarnogóra. Wybrzeże IMG_5059

Czytaj dalej

Mozambik. Ilha de Mocambique, porysowany brylant.

1. Afryka. Mozambik. Ilha de Mocambique, Zielony Meczet

    Trzydziesty pierwszy grudnia. Wieczór. Jest ciepło i duszno, pot ścieka mi po twarzy, plecach i nogach, koszulka pod plecakiem jest mokra na wylot, ale przyjemność marszu, którego celem jest niezwykłe miejsce na mapie świata pozostaje niezmienna. Mogę złapać stopa, ale chcę dobitnie poczuć atmosferę i magię miejsca. Jestem podniecony wizją spędzenia najbliższych dni w malowniczych resztkach tego, co portugalski imperializm zostawił po sobie w dawnej, niezwykłej stolicy kolonii Portugalii Wschodniej Afryki. W magicznych zaułkach kolonialnej architektury Wyspy Mozambik – Ilha de Mocambique.

2. Afryka. Mozambik. Ilha de Mocambique, uliczki Kamiennego Miasta

3. IMG_6194

Barierkę i budkę kontrolną na końcu wąskiego trzykilometrowego mostu łączącego nabrzeże Mozambiku z wyspą osiągam w pełnych ciemnościach. Oprócz uśmiechniętego i nieco zdziwionego moim przybyciem na piechotę strażnika kontrolującego z rzadka przejeżdżające niewielkie zdezelowane ciężarówki tubylców, które mijają się w zatoczkach mostu dowożąc zaopatrzenie i wywożąc głównie ryby i ludzi, wita mnie kilka chybotliwych lamp ulicznych ginących w mroku wąskich wyboistych uliczek rozchodzących się od placu przy wjeździe na Ilha. Wybieram pierwszą idącą w kierunku północnym, bo ta część wyspy grupuje najwięcej zabytków i potencjalnych miejsc do spania, z którymi może być krucho z uwagi na zbliżający się Nowy Rok. Potwierdzały to moje wcześniejsze telefony do kilku tańszych miejsc. Zajęte. Ale od czego jest mój wrodzony optymizm.

Czytaj dalej

Mozambik. Tofo Beach, Boże Narodzenie na plaży oceanu.

Została mi przylegająca do targu rybna restauracyjka z załogą odzianą w mikołajowe czapy, gdzie zamiast karpia dostałem (całkiem dobrą) barakudę a kolędy zastąpiła przebojowa afro-amerykańska muzyka charcząca głośno z  wiekowych kolumn. Nastrój poprawiał bajecznie kolorowy widok na pofruwające na wietrze capulanas pod którymi równie kolorowe sprzedawczynie oferowały swój towar.

Co nieco niepokojony przez przewodniki turystyczne informacjami o świątecznym zalewie południowego wybrzeża Mozambiku przybywającymi tu swoimi napędzanymi na cztery koła pojazdami Południowoafrykańczykami dotarłem z Maputo, stolicy Mozambiku, do Tofo Beach koło Inhambane. Niewielki autokar po kilku godzinach jazdy zatrzymał się niemal na plaży od której dzieliła mnie drewniano-słomiana architektura usytuowanego na wydmach backpackersa Fatima’s Nest, z którego roztaczała się wspaniała panorama na Ocean Indyjski zamknięty z prawej strony niewielką zatoką z wioską rybacką. Nadzwyczaj malownicze miejsce.

 

   Przewodnikowe wieści były mocno przesadzone, bez problemu dostałem miejsce (300 Mt = 30 zł za noc) w wieloosobowej chacie (podłogą jest piasek wydm) z piętrowymi łóżkami nad którymi wisiały niezbędne moskitiery i kręcił się wielki wentylator zawieszony u powały, przypominając nieco klimat Czasu Apokalipsy, jeśli ktoś jeszcze pamięta początek tego filmu. Jest równie gorąco, ale zdecydowanie bardziej pokojowo. Za parę dni święta.

Czytaj dalej

RPA. Arniston, czyli południowo-afrykańska turystyka.

Pakuję się. Jeszcze poranna wizyta w latarni morskiej (wstęp, łącznie z małym muzeum, 15 RSA) w której usadowiła się niewielka restauracja i kawiarnia w jednym (danie dnia 35 RSA), w pobliskiej galerii z tysiącami pamiątek z Cape Agulhas, gdzie można również wypić kawę i zjeść świeże ciacho (15 RSA) i u sąsiedniego malarza, który swoje marynistyczne dzieła wystawia przed czymś co jest skrzyżowaniem chaty z małym pawilonem i czas wyruszać do odległego o kilkadziesiąt kilometrów Arniston. Jest to wioska pełna białych, krytych (głównie) strzechą chat rybackich, którą w całości uznano za zabytek.

Czytaj dalej

RPA. Cape Agulhas. Spotkanie z Koi Koi.

Świt budzi mnie szumem wzburzonego oceanu. Jest ogromny i majestatyczny. Potężny. Przy takiej pogodzie czuć jego moc. Jestem pod wrażeniem. W przeciwieństwie do kormorana, którego poranny sztorm wprawił w fantastyczny humor. Kąpie się w porannej bryzie, wystawia skrzydła na wiatr, łapie w piórka siłę oceanu, wzbija się w powietrze i nagle opada w dół szybując tuż nad powierzchnią wzburzonej wody, mając sobie za nic jęzory fal niemal łapiące w swe przepastne ramiona małego ptaka. Pokazuje bystrzak, kto tu rządzi. Fascynujące.

Czytaj dalej

Przylądek Igielny. Tu kończy sią Afryka, tu spotykają się dwa oceany.

Szybkie śniadanie w cenie pobytu – płatki, zimne toasty, dżem, herbata z mlekiem – i już stoję, w cieniu jedynego drzewa,  na drodze wylotowej do Bredasdorp. Oczywiście z dużą kartką z nazwą miejscowości. Dosłownie po kilku minutach zatrzymuje się pickup i podrzuca w 1/3 trasy. Teraz stoję w słońcu w Stanford. Krótko. Osobowa bryka zabiera mnie kolejne 50 kilometrów na drogę Caledon – Bredasdorp – L’Agulhas. Idzie jak z płatka. Ale wysiadam w szczerym polu. Tylko wielkie pola uprawne i góry w tle. Pięknie, ale totalnie pusto. Ruch mniej niż umiarkowany.

Czytaj dalej