Lesoto. Królewskie Groty Lipofung i afrykańska mielonka. + film

Ostatnie z istotnych miejsc na moim szlaku związanych z królem Moszesze (żył w latach 1824 – 1870) to groty Lipofung oddalone od Butha Buthe o pół godziny jazdy. I od razu przyznam się, ze uciekłem (zapłaciwszy za noc, mówiłem, że zostanę na dwie) z Motlejoa Lodge, by zostać na dłużej w turystycznej murzyńskiej chacie usytuowanej w powstającym kompleksie przy grotach (100 Randów za noc). Wprawdzie bez wyżywienia i prądu, przy świecach i lampie naftowej, ale za to w sąsiedztwie wysokich gór Drakensberg, płynącej dołem rzeki Hololo, wiejskich chat oddalonych o kilkaset metrów od grot i absolutnej ciszy migoczących nad głową gwiazd. Jedynym towarzyszem był czarnoskóry stróż, który przychodził ze wsi na nocną zmianę. Super miejsce.

Czytaj dalej

Maseru, stolica Lesoto i …dalej w drogę. +film

Maseru mnie jednak nie minie. Po prawie dwugodzinnym bezskutecznym oczekiwaniu na jakikolwiek pojazd w kierunku na wioskę osadzoną w skalnych grotach, Kome Caves, zmieniam marszrutę i ląduję w stolicy Lesoto, węźle komunikacyjnym kraju. Wita mnie rozbuchane nadzwyczaj głośną muzyką wydobywającą się z wystawionych na ulicę wielkich głośników, okrzykami sprzedawców, klaksonami taksówek i autobusów, pokrzykiwaniami dzieciaków miejskie targowisko i coś na kształt dworca taksówkowo-autobusowego. Kilkanaście uliczek dosłownie zawalonych wszystkim, co da się sprzedać i dymiącymi garkuchniami czy grillami z lokalnymi specjałami wciśniętymi w ten kosmiczny harmider zaczynający się we wnętrzach setek sklepików a kończący się już nawet nie na koślawym chodniku, a wprost na rozpostartych na ulicy gazetach, skrzynkach czy kartonach. Krajobraz jak po wybuchu bomby z bałaganem.

Krajobraz ten (ale i nowe Maseru) spróbowałem uchwycić kamerą. Co z tego wyszło? Sprawdźcie poniżej:

Link do filmu:

   W poszukiwaniu banku ląduję na szczęście w „downtown”, jak określają to miejsce tubylcy, co dosyć mocno zmienia mój obraz Maseru. Czysto (jak na standardy afrykańskie), normalne sklepy, kilka fajnych knajpek i parę kafejek internetowych. No i niezwykle obszerna, umieszczona w wielkiej budowli stylizowanej na krytą strzechą chatę, dobrze zaopatrzona informacja turystyczna. Lunch spożyty w wygodnej sofie w umieszczonej na pierwszym piętrze (trudno znaleźć wejście, ale warto poszukać) przy Kingsway, głównej ulicy miasta, Good Times Cafe nastawia mnie zdecydowanie pozytywnie do miasta. Mają tu również prawdziwe torty, pierwsze i ostatnie jakie widziałem (i oczywiście skosztowałem) w tej części Afryki.

 

Czytaj dalej

Lesoto. Szlakiem twierdz króla Moszesze. Thaba Bosiu, Góra Nocą.

Widok z mojego sunny busa.

Następnego ranka wita mnie słońce i upał. Nieco zdewastowany sunny bus zabiera mnie za 50 Randów w kierunku Maseru, stolicy kraju. Nieopodal niej znajduje się mój cel – Thaba Bosiu. Autobusik ledwo daje radę przebić się przez góry. Co rusz stajemy we wioskach zaliczając kolejne targowisko dając ochłonąć przegrzanemu silnikowi.

Czytaj dalej

Lesoto. Z Murzynką na pace policyjnego pick-up’a, czyli niezła jazda przez góry. (Opowieść z filmem)

Lesoto. Lekko przykurzony góral.

Rano powrót do Mokhotlong. Bankomat dalej zepsuty. Pakuję plecaki do sunny busa i jadę w znanych mi już rytmach w stronę Thaba-Tseka.

Mokhotlong. Z tą panią tym autem nie pojadę.

Po dobrej półtorej godzinie walki z podjazdami, zakrętami, wyboistą kamienno-pyłową drogą biegnącą niezwykłym krajobrazem docieramy do jakiejś wioski w górach. To ostatni przystanek mojego busika. Za jakiś czas coś powinno jechać stąd do Thaba-Tseka.

Czytaj dalej

Lesoto. Mountain Kingdom, spotkanie z afrykańskimi góralami.

Są na świecie miejsca nadzwyczajne. Ich nadzwyczajność jest tym większa, im mniej się ich spodziewamy. I właśnie takim miejscem, setkami kilometrów miejsc, jest wydarty górom kamienisty dukt prowadzący przez górzyste państwo Lesoto. Prowadzi z maleńkiego miasteczka Mokhotlong do niewiele większego Thaba-Tseka i dalej do Thaba Bosiu, górskiej twierdzy króla Moszesze. Niezwykła gratka dla miłośników off-road’u. Mnie udało się ją przejechać na otwartej pace policyjnego pick-up’a trzymając się kurczowo jego burt, nogami ściskając podskakujące plecaki i siłą woli naciągając na siebie i swoje tobołki obszerną pelerynę, by ta chociaż w części ochroniła mnie przed burzą i ulewą, która kilka razy w ciągu trasy zawitała za mój kołnierz. Ale po kolei…

Czytaj dalej