Park Narodowy Jeziora Malawi. Cape Maclear, taniec w wiosce krokodyli.

3a Afryka. Malawi. Jezioro Malawi1. Afryka. Malawi. Jezioro Malawi, Cape Maclear

Malawi. Afryka Centralna. Kilkugodzinna podróż ze stolicy kraju Blantyre w stronę wielkiego, ok. 500 km długości, Jeziora Malawi (dawniej Niasa) przebiegła w typowy dla tej części Afryki sposób. Najpierw jedna zapchana do granic wytrzymałości murzyńska taksówka, czyli sterany życiem i tutejszymi drogami minibus. Potem druga jeszcze pełniejsza, przesiadka do pickupa, który według zapewnień naganiaczy i samego kierowcy jedzie natychmiast do Monkey Bay nad brzegiem jeziora a potem dalej do turystycznej, usytuowanej na malowniczym cyplu południowego krańca jeziora wioski Cape Maclear, mojego celu na kilka najbliższych dni. Rusza od razu, okrąża targowisko w poszukiwaniu klientów i staje na rogatkach mieścinki, by wypełnić pakę tubylcami i towarem. A to trwa i trwa. Jako pierwszy klient miałem zaszczyt siedzieć z moimi plecakami oraz Murzynką z tobołami i dzieckiem w szoferce. Co przy ulewie która nas złapała po drodze nie było bez znaczenia.

3 Afryka. Malawi. Jezioro Malawi, Cape Maclear

Wieczorem docieramy do Monkey Bay, gdzie kierowca stwierdza, że nie ma klientów do Cape Maclear i dalej nie jedzie.

– Jak to? Przecież umówiliśmy się na przejazd do Cape… - usiłuję wywalczyć swoje, chociaż wiem, że to sytuacja beznadziejna. – Jeżeli mi zapłacisz za benzynę i przejazd, czyli 1500 MK (normalna cena to 150 MK) mogę cię zawieźć, ale za pół godziny jedzie ciężarówka do Cape, możesz się nią zabrać -. Pół godziny trwa półtorej, ale w końcu jest. Pełna towaru i ludzi na pace. Dopychają jeszcze mnie i ruszamy w ciemności burzowej nocy. Siedząc na stercie jakichś towarów wklejony między tubylców z łokciem w żebrach podskakuję co rusz na niezliczonych wybojach górskiej, co nieco jedynie utwardzonej drogi, w połowie której łapie nas ulewa połączona z widowiskowymi wyładowaniami atmosferycznymi. Załoga auta naciąga na nas wszystkich wielką dziurawą ceratopodobną brudną płachtę. Pomaga niewiele, więc opatulam się moją własną peleryną, co nie jest takie proste w czasie ekstremalnej jazdy.

Po około godzinie docieramy do wioski, gdzie wysadzamy większość ludzi i towar, i po chwili do mojego upatrzonego miejsca, hostelu na plaży, czyli Fat Monkeys. Szkopuł jest taki, że nieoczekiwanie, akurat dzisiaj (jest przecież po sezonie), nie ma wolnych pokoi. Najbliższe inne miejsce o podobnym standardzie kilkaset metrów stąd. A dookoła ciemno, że oko wykol. Na szczęście, jak zwykle zresztą w Afryce, stoi koło mnie poznany w ciężarówce tubylec, który oferuje swoje usługi od tragarza po przewodnika. Ma farta, jest klient. Bierze mój wielki plecak i maszerujemy w ciemność. Drepczę za nim potykając się co rusz o dziury i korzenie na ścieżce prowadzącej do wioski. Pierwsze z miejsc zamknięte jest na głucho. Nikogo, ciemno. Drugie, ”Stevens” od nazwiska czarnoskórego właściciela przechodzi już powoli do historii, ale jest czynne. Nocleg to 1000 MK za marny pokoik z jeszcze marniejszą łazienką  w usytuowanym na samej plaży pensjonacie. Na późną kolację idę z moim przewodnikiem do lokalnej restauracji i piwiarni Thomas’s Grocery, gdzie życie toczy się na całego przy głośnej murzyńskiej muzyce i tańcach na klepisku. Na ławie opodal mnie siedzi jedyny biały w tym towarzystwie wyglądający na człowieka, który gdzieś tu w odległej Afryce zatracił przyświecające mu wcześniej cele. Świeża ryba z frytkami kosztuje 350 MK, piwo carlsberg 100 MK. Bardzo przyzwoicie. Stawiam kolację mojemu afrykańskiemu przyjacielowi Mosesowi i umawiamy się na jutro.

Rano wracam do Fat Monkeys. Nocleg to 1.400 MK w sympatycznym pokoiku z zimą wodą pod prysznicem (ale ciepłą w jeziorze). Piwo w tutejszym wychodzącym na piaszczystą plażę barku kosztuje 150 MK, pizza Hawai 650, Margarita 550. Można stołować się również na plaży siedząc na piasku, gdzie tubylcy oferują rybę z grilla z ryżem za 450 MK lub naleśniki za 200-250 MK. Inni w tym samym czasie zasypują cię koralikami, naszyjnikami, bransoletkami czy rzeźbionymi w drewnie breloczkami – zwierzętami, na których wyryją imię twojej ukochanej osoby. Ceny zdecydowanie do negocjacji. U kucharzy również. Podstawowe zakupy, bo tylko takie są tu możliwe, robię w murzyńskim sklepiku. - Jest herbata? - Jest. Pokazuje instant. - Nie, nie,  w saszetkach - Jest. Pokazuje opakowanie. - Ile jest torebek w środku? - Dziesięć. OK., niech będzie. Po otwarciu – jest herbata. Sypka.

4 IMG_6921

6 Afryka. Malawi. Jezioro Malawi, Cape Maclear

2 Afryka. Malawi. Jezioro Malawi, Cape Maclear

7 IMG_6981

8 IMG_6875

10 IMG_6896

11 Afryka. Malawi. Jezioro Malawi, Cape Maclear

12 Afryka. Malawi. Jezioro Malawi, Cape Maclear

Przepłynięcie łodzią na niewielką wyspę Parku Narodowego Jeziora Malawi, jednego z niewielu słodkowodnych parków w Afryce, połączone z nurkowaniem i lunchem, zamawiam jeszcze czekając na ciężarówkę w Monkey Bay. Oferował mi ją „wyłapywacz turystów” za 7.500 MK (150 zł). Zbiłem cenę na 4.000 MK. U Mosesa utargowałem na 2.000 MK (40 zł), więc wyłapywacz poszedł w odstawkę. Moses pożyczył kanu wydłubane z pnia lokalnego drzewa i dwa wiosła u jednego z rybaków. Sprzęt do nurkowania u drugiego. Świeżą rybę zamówił u trzeciego. Resztę zakupów zrobił w wiosce za zaliczkę, którą mu wypłaciłem. Sam nie miał ani grosza. Dosłownie.

13 Afryka. Malawi. Jezioro Malawi, Cape Maclear

O umówionej wczesno porannej godzinie afrykańskiego czasu, czyli z ponad pół godzinnym opóźnieniem podczas którego Moses kompletował zamówiony wcześniej sprzęt a ja czekałem na brzegu jeziora, wsiadamy do chybotliwej łódki i machając wiosłami ruszamy na podbój Lake Malawi. Na środku akwenu, pomiędzy brzegiem a wysepką, dobija do nas rybak i ku mojemu zdziwieniu wrzuca do naszego kanu wielką żywą rybę. Rybacy wypływają na połów po zachodzie słońca używając nadzwyczaj malowniczo wyglądających ogromnych lamp naftowych by wracać ze złowionymi rybami we wczesnych godzinach porannych następnego dnia. Jedną z nich, jak się okazało, zamówił na nasz lunch Moses.

14 Afryka. Malawi. Jezioro Malawi

14a IMG_7046

Nurkowanie w krystalicznie czystych wodach Jeziora Malawi to dla miłośników tej zabawy nie lada gratka, występuje tutaj ponad 1000 gatunków ryb, więcej niż w słodkich wodach Europy i Ameryki Północnej razem wziętych, z czego spora część to gatunki endemiczne, ryby nie spotykane nigdzie indziej na świecie. I gdy tak sobie rozmawiałem pod wodą z ciekawskimi stworzeniami nie obawiającymi się wielkiego intruza i przepływającymi mi tuż przed nosem, na skalistym brzegu Moses rozpalił ognisko i przygotowywał dla nas lunch, który składał się ze wspomnianej ryby, sosu pomidorowego wymieszanego z warzywami i  ziemniakami oraz kaszy nsima. Na deser był pyszny widok na naszą zatokę, jezioro, sąsiednie wyspy, wioskę rybacką i wyrastające nad brzegiem niewielkie góry. Tłem muzycznym dla deseru był popis Mosesa na afrykańskim bębnie i jego pogodna murzyńska piosenka o jedności ludzi wyznających różne religie. Krótka nauka gry w bawo, wraz z przybyłymi na wysepkę kolejnym gośćmi, niezwykle popularną w tej części Afryki grę przypominającą w pewnym sensie nasze warcaby i kolejne nurkowanie zakończyły sympatyczny wypad. Pozostało jeszcze tylko wiosłowanie do brzegu w nieco niewygodnej pozycji siedząc na wąskich krawędziach kanu.

16 IMG_7030

20 IMG_7054

20a IMG_7010

22 IMG_708123 Afryka. Malawi. Gra Bawo

Gra w bawo

24c Afryka. Malawi. Jezioro Malawi, nocny połów

24d Afryka. Malawi. Jezioro Malawi, nocny połów

24f Afryka. Malawi. Jezioro Malawi, nocny połów

24g Afryka. Malawi. Jezioro Malawi, nocny połów

24h Afryka. Malawi. Jezioro Malawi, nocny połów

Nocny połów

Kolejny dzień to kolejna wyprawa. Tym razem piesza, poprzez kilkusetmetrowej wysokości góry do wioski w której mieszkała z dziećmi żona Mosesa. We wiosce odbywały się przy okazji świąt czy ślubów rytualne tańce w wykonaniu tubylców odzianych z specyficzne stroje i kolorowe maski. Jako że Moses znał wodza wioski, istniała spora szansa na zrobienie zdjęć we wiosce czy nawet podczas tańców. Pod warunkiem, że tańce się odbędą, czego Moses nie gwarantował, bo święta akurat nie było. Inną atrakcję wioski są przebywające w jej sąsiedztwie hipopotamy i krokodyle. Atrakcją dość dramatyczną, jak miało się okazać.

25 Afryka. Malawi. Lake Malawi National Park

Wyruszamy przed wschodem słońca, pokonując nieprzetarte ścieżki Parku Narodowego Jeziora Malawi, po bramie którego zostało już tylko wspomnienie a dawny prominencki ośrodek Golden Sands Holiday Resort popadł w ruinę. To samo spotkało, niestety, niedaleko od wejścia do parku usytuowane groby misjonarzy sławnej misji Livingstonia. Zostały jedynie kamienne cokoły. Drewniane szkockie krzyże przydały się tubylcom, pewnie na opał.

Wychodzimy tak wcześnie, gdyż przed nami spory kawał drogi i napięty plan wycieczki, jeśli chcemy zaliczyć wszystkie atrakcje. Pierwszą z nich jest znalezienie właściwej drogi, bo mimo że Moses przemieszcza ją systematycznie i on ma czasami problemy z wybraniem właściwej opcji pośród skał, jarów czy bujnej roślinności. Drugą są piękne widoki z pnącej się coraz wyżej ścieżki. Po pewnym czasie opadamy ponownie w dół nad brzeg jeziora. Oznacza to porę na śniadanie przygotowane przez przyjaciela Mosesa, który jeszcze przed nami wyruszył na rowerze drogą przez góry, by w jednej z chat u zaprzyjaźnionego rybaka przygotować posiłek na nasze przybycie. Ceremonia rozpalania ognia w glinianym piecu rozpoczyna się w momencie przekroczenia przez nas słomianej furtki biednego ale zadbanego obejścia. Jeszcze tylko kilka gorączkowych ruchów organizatorów posiłku by skompletować niezbędne artykuły do jego przygotowania i rusza pichcenie. Zza niewielkiego ogrodzenia i przez liczne w nim szczeliny każdy mój ruch obserwują dziesiątki par ciemnych dziecięcych oczu, komentujących natychmiast każdy z nich. Nie spotykają tu zbyt wielu białych.

26 Malawi. Lake Malawi National Park IMG_7107

29 Afryka. Malawi. Cape Maclear, wioska

27 Afryka. Malawi. Cape Maclear, wioska

28 Afryka. Malawi. Cape Maclear, wioska

Widzę, że gotowanie potrwa dłużej, wyruszam więc naprzeciw podglądaczom. Gdy kieruję lufę obiektywu w ich stronę natychmiast pierzchają z piskiem. Ale jest kilku śmiałków. Robię zdjęcie jednemu z nich i pokazuję na wyświetlaczu. Jak spod ziemi wyrastają wokół mnie dziesiątki małych postaci ze śmiechem wytykające palcami postać ze zdjęcia. Znowu odwracam aparat w ich stronę. Uciekają. Ale zostaje już większa grupka pozująca do zdjęcia. Po chwili otoczony jestem zgrają wieloosobowej ferajny pchającej się przed obiektyw i chcącej natychmiast zobaczyć efekt wykonanego zdjęcia. Wyciągają ręce w moją stronę łapiąc za aparat, palcując obiektyw, by tylko zobaczyć swój wizerunek. Widząc go, natychmiast wybuchają głośnym śmiechem. Jeszcze moment i niemal wszystkie dzieciaki z wioski są wokół mnie. Sytuacja się odwróciła. Jeśli tylko kieruję obiektyw w jakąkolwiek stronę chmara dzieciaków natychmiast wbiega przed niego podskakując jak tylko mogą wysoko, by znaleźć się w kadrze. Zabawę przerywa wołanie Mosesa. Śniadanie gotowe. Ferajna maszeruje ze mną przez furtkę. Przegania ich groźne spojrzenie gospodarza chaty. Zostają tylko mieszkające w chacie i najbliżsi przyjaciele. Siadają karnie pod ścianą chaty przyglądając się jak pałaszujemy z Mosesem grzanki z jajkami sadzonymi i smażonymi pomidorami. Porcje są ogromne, dostaje się więc i przyjacielowi Mosesa i rybakowi. Za 300 MK (tyle zapłaciłem za śniadanie) posiliła się również gromadka dzieci, dzieląc się radośnie i sprawiedliwie otrzymaną strawą. Gdy odchodzę, hurmem dziękują za posiłek i długo maszerują za nami przez wioskę.

29a IMG_7169

29b Afryka. Malawi. Cape Maclear, za palec

29b IMG_7163

Odwiedzamy jedną z kilku lokalnych bimbrowni, gdzie zasiada większość mężczyzn z wioski, jeśli tylko nie są na wodzie. Za drobną opłatą częstują lokalnym trunkiem wyprodukowanym w bardzo oszczędnej procedurze. Nie polecam większej ilości niż symboliczny kieliszek.

Znowu wspinamy się w górę poszukując ścieżki ginącej pomiędzy leśnymi zakamarkami. Ciekawą marszrutę kończymy na malowniczej białej plaży z widokiem na docelową wioskę. – Mogę się wykąpać? – pytam. Moses bez przekonania kiwa głową na tak i nie. – Raczej nie, za blisko jesteśmy krokodyli, mogą gdzieś tu w szuwarach buszować – tłumaczy. Ograniczam się do zdjęć i wody z butelki. Jeszcze chwila i docieramy do wioski. Jest nadzwyczaj czysta i zadbana. Pierwsze kroki kierujemy do wodza z prośbą o możliwość robienia zdjęć. Tańców dzisiaj nie będzie, ale możemy próbować dogadać się z muzykami. Uiszczam wodzowi drobną opłatę 200 MK za zdjęcia i zapuszczamy się w głąb wioski, najpierw do chaty Mosesa, gdzie z żoną ustalamy menu na dzisiejszy obiad. Wypłacam 600 MK na zakupy i idziemy nad wodę na spotkanie z hipopotamami i krokodylami. Moses dzieli się najnowszymi wieściami. Właśnie wczoraj jeden z krokodyli zaatakował jego kuzyna, gdy ten po połowach wysiadał przy brzegu jeziora ze swej łodzi. Stan kuzyna przebywającego już w szpitalu w Blantyre jest bardzo ciężki, gdyż gad dosłownie odgryzł mu nogę tuż przy udzie. Moses usiłuje zebrać środki na podróż i planuje, że za dwa dni wyruszy do Blantyre, by oddać krew niezbędną do operacji. Na razie oprócz zarobionych u mnie pieniędzy nie ma nic więcej, a to trochę mało. Pytam jak częste są przypadki ataków krokodyli. Twierdzi, że w ciągu ostatnich sześciu lat gdy tu mieszka, krokodyle zabiły czterech ludzi. Trochę mi te wiadomości studzą zapał do bliskiego spotkania z wielkimi gadami.

31 IMG_7112

wódz wioski

32 IMG_711633 IMG_7128

42 IMG_7493

Przeskakując z łódki na łódkę przycumowane przy zarośniętym brzegu widzę wyłupiaste oczy i nozdrza sunące bezszelestnie po wodzie. Na szczęście w bezpiecznej odległości. Ale i tak lekki niepokój ściska w dołku. Hipopotamy odpłynęły na drugi koniec zatoki, wrócą wieczorem. Nie czekamy, idziemy przez wioskę brzegiem jeziora usianego łodziami rybackimi na obiad przyrządzony przez żonę. Jest to gotowana fasola w sosie pomidorowym, ryż i herbata. Skromne menu, ale w ilościach takich, że niemal cała wioska się wyżywiła, a przynajmniej najbliżsi sąsiedzi, którzy zasiedli z dzieciakami przy nas. Dotarli i muzycy, by negocjować cenę za występ. Zaczęli od  7.500 MK, po długich targach i wielu herbatach stanęło na 2.500. Umawiamy się za godzinę.

43 IMG_7492

44b IMG_7196

obiad!

44c IMG_7115

O oznaczonej porze na klepisku przed chatą wodza, który siedzi na jedynym krześle, oprócz nas z Mosesem i jego rodziny zbiera się kilkadziesiąt osób. Wieść o występie rozeszła się po okolicy błyskawicznie.

49 IMG_7254_edited-1

W założeniu miało być piętnastu tancerzy i muzyków oraz kilka masek, było dziewięciu występujących i trzy maski. Zamiast bębnów, które wypożyczyli kolegom na inną imprezę – kanistry, plastikowe pojemniki i inne instrumenty zastępcze. Ale nie żałowałem. Odbył się nadzwyczaj spontaniczny, żywiołowy występ połączony ze śpiewami, do którego przyłączyła się większość widowni. Świetnie bawił się również wódz. I ja sam wciągnięty do tańca. Było gorąco, bardzo gorąco. Hałaśliwie i radośnie. Po prostu wspaniała zabawa. W Afryce wszystko może być instrumentem…

45 Afryka. Malawi. Cape Maclear, występ

46 Afryka. Malawi. Cape Maclear, występ

47 Afryka. Malawi. Cape Maclear, występ

50 Afryka. Malawi. Cape Maclear, występ51 IMG_7272

52 Afryka. Malawi. Cape Maclear, występ

Odpuszczamy hipopotamy, bo robi się późno i idziemy do kolejnej osady drogą wśród baobabów przy prowizorycznym boisku, gdzie odbywa się całkiem na serio piłkarski mecz pomiędzy sąsiednimi wioskami.

IMG_7342

IMG_7351_edited-1

IMG_7358

Liczymy na złapanie transportu do Cape Maclear, ale nie ma szans.  Ciemną nocą przy świetle wychodzącego zza chmur księżyca górską drogą kilka godzin maszerujemy do Fat Monkeys. Ledwo zdążyliśmy na zimne piwo przed zamknięciem baru. Wypłacam Mosesowi 1000 MK za pracę przewodnika. Dodaję jeszcze tyle samo na podróż do kuzyna. Może zdąży pomóc członkowi rodziny. Na państwo nie może liczyć, Czerwony Krzyż zabezpiecza jedynie przewóz pacjenta. Reszta w rękach rodziny. I Boga. Bez względu na to, w którego Moses i jego kuzyn wierzą.

Jerzy Pawleta

Malawi, Cape Maclear

 

  • 500 Malawi Kwacha (MK) = 10 zł
  • 100 Malawi Kwacha = 2 zł

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.