Syberia 4×4. Moskwa, Ural i rzeka Ob.

Kierunek Moskwa. Drogi łączące Łotwę z Moskwą są zaskakująco dobre. I ciągle się unowocześniają, wprowadzając nas do stolicy Imperium Rosyjskiego zapchanymi do granic wytrzymałości kilkoma pasami.

Architektura miasta też zaskakuje. Swoim rozmachem i nowoczesnością. Na każdym kroku widać, że pieniądz krąży tu szybko. Zwłaszcza po „wypasionych” samochodach, które pysznią się nie tylko w wielkich, błyszczących salonach samochodowych wszystkich światowych marek. Również tych najdroższych.

Jest weekend, więc przejazd przez miasto nie nastręcza trudności. Nawet parking przy Kremlu jest pustawy i o dziwo szlaban otwarty. Zaliczamy szybki, w japońskim stylu, przemarsz przez Plac Czerwony z bajecznymi cerkiewkami i imponującą zmianą warty, wpadamy do metra, wjeżdżamy na najwyższą na świecie (kiedyś, obecnie tylko w Rosji) wieżę Ostankino (900 rubli, mocno przereklamowana sprawa) i znów metro. Moskwa by night z okien samochodów, bo zmierzamy na peryferia na nocleg. Śpimy w otoczonym przemysłowym murem hoteliku. W recepcji i na bramce wystrzyżeni faceci w wojskowych mundurach. Specyficznie.

Kolejnym naszym celem jest Ural. Drogi z każdym kilometrem robią się gorsze, chociaż generalnie nie można narzekać. Chyba, że na fakt, że z offroadem mają niewiele wspólnego. Zaliczamy przejazdem kilka miast, miasteczek i noclegów. Cechą charakterystyczną wielu małych mieścinek i wiosek jest drewniana architektura parterowych lub piętrowych kolorowych domków z niezwykle pięknie rzeźbionymi ażurowymi ozdobami wokół okien. Małe dzieła sztuki, które odchodzą w przeszłość. Wiele z tych domów popada w ruinę, jest opuszczonych.

Z utęsknieniem wypatrujemy wzniesień zwiastujących góry. Chociaż hasło „góry” w miejscu, gdzie planujemy przekroczyć Ural, to zbyt wiele powiedziane. Mają tu 500- 600 metrów wysokości. Okrzykiem radości witamy wielki biały obelisk ozdobiony czymś na kształt gryfa i lwa oraz rosyjskimi napisami „Europa” i „Azja”. Tak, to granica pomiędzy dwoma kontynentami. Granica umowna, bo o jej przebieg ciągle toczą się spory. Zostawiamy to geografom i politykom. My z radością zakopujemy się samochodami w głębokim śniegu i jeszcze większą włączamy wyciągarki. Ural powitał nas zimą, śniegiem i słońcem. Jest bajecznie. Uroczysta kawa, pamiątkowe zdjęcia i już przez Azję …jedziemy dalej. Tak, jazda to będzie podstawa tej wyprawy.

Po kolejnych setkach kilometrów i zimnym (z założenia) omlecie z łososiem w Jugorsku zjeżdżamy z asfaltu, jest wyczekiwany zimnik! Prowizoryczna droga budowana z lodu i śniegu na okres zimy biegnąca rzecznymi zamarzniętymi przeprawami, brzegami jezior i rzek. Prawdziwa offroadowa jazda! Ale nie od razu. Pierwsze fragmenty drogi przez rozmokłe (tylko krótkim latem) tereny przypomina dawną autostradę przez NRD łączącą nas z „zachodnim światem”. Betonowe płyty połączone są tu metalowymi klamrami, by nie „rozjechały się” na bagiennym podłożu. Podczas roztopów pewna niewielka warstwa ziemi rozmarza i betonowy dukt ugina się pod ciężarem samochodów osobowych i ciężarowych, nieustająco pracując. Góra – dół, góra – dół. Normalna konstrukcja drogi, a zwłaszcza asfaltowej, nie byłaby w stanie tego wytrzymać. Pod rozmiękłym gruntem pozostaje wielka, wielowiekowa wieczna zmarzlina, która nie przepuści przez siebie ani kropli wody. Stąd i drzewa w okolicy są nadzwyczaj rachityczne. Nie maja szans zapuścić głębokich korzeni a muszą przetrwać szalejące wiatry.

Po kilkudziesięciu kilometrach  niezłej „trzęsawki” wjeżdżamy na prawdziwy zimnik. Musimy znacznie obniżyć ciśnienie w oponach, by auta lepiej trzymały się pełnego kolein, rozpadlin i innych niespodzianek duktu. Tym bardziej, że nie możemy trzymać się wymaganej szybkości 50 km/h, gdyż nigdy nie dojechalibyśmy na północ Syberii. A wypadnięcie z trasy w miękkie puszyste pobocze to koniec jazdy. Przynajmniej na chwilę. Od czego są czyhający na taką sytuację pozostali kierowcy naszej offroadowej rodzinki!? Przecież to frajda nie byle jaka wydobyć kogoś z zaspy czy pobocza. Można przy tej okazji wyciąganego kierowcę nieźle wyszydzić! By za chwilę samemu wpaść w podobne tarapaty.

Droga jest niemal zupełnie pusta, z rzadka mijamy wielkie ciężarówki. Na rozstaju zimników napotykamy na wędkarzy zaopatrzonych w wielkie wiertła, skutery śnieżne i terenowego UAZa(?). Pytamy o drogę, bo nasz GPS trochę błądzi. Jak my. No i okazuje się, że musimy wrócić 40 kilometrów. Niby niewiele, ale po takiej drodze? I w zapadających ciemnościach. Cóż nie ma wyboru. Życzliwi (jak zdecydowana większość Rosjan) wędkarze jadą przed nami wskazując drogę i właściwe skrzyżowanie. Dzięki!

W zupełnych ciemnościach i przy intensywnie padającym śniegu dobijamy na noc do Igrimu. Za Uralem noclegi kosztują na ogół nie mniej niż 1000 rubli (ok. 100 zł), bez względu na poziom świadczonych usług. Tutaj w hotelu robotniczym śpimy nieco taniej. Ale jedna łazienka z trzema prysznicami „obsługuje” cały pokaźny hotelik. Na szczęcie nie jesteśmy zbyt zakurzeni.  

Rano tankujemy do pełna oraz napełniamy kanistry. Przed nami długa droga na północ wzdłuż rzeki Ob, z nielicznymi wioskami czy osadami, gdzie trudno będzie kupić paliwo. Pogoda znów się krystalizuje i świeci piękne słońce. Jest naprawdę fantastycznie. Ogromne puste przestrzenie robią wrażenie. Szczątkowa roślinność obrasta brzegi zamarzniętych rzek czy jezior. Jest biało, biało, biało… A w górze błękit nieba i złociste słońce. Pod nami śnieg i lód. Przed nami droga. I zaspy, w które ciągle ktoś bezboleśnie wpada. Jest niewiarygodnie ślisko, gdyż temperatura oscyluje w granicach zera.

Niesamowite wrażenie robią miejsca, gdzie przy osadach droga wije się pomiędzy zamarzniętymi, skutymi przez lód stateczkami czy całkiem sporymi statkami rzecznymi. W tym momencie wiemy, że pod nami jest faktycznie głęboka rzeka czy jezioro!  Jadąc robimy zdjęcia, kręcimy filmy. Nagle krzyczę do mojego kierowcy: Uważaj! Patrol stoi! – ale było już za późno. Wypolerowana przez słońce droga nie pozwoliła na jakikolwiek manewr. Jadący przed nami samochód zatrzymał się, by zrobić fajne zdjęcie. My już nie zdążyliśmy. O masywny zderzak i koło zapasowe patrola kolegi przerysowaliśmy dwoje naszych drzwi. Na tyle skutecznie, że tylne się nie otwierały. Za to mieliśmy stały dopływ świeżego mroźnego powietrza poprzez sporą szczelinę. Na szczęście lampy obu samochodów były całe. Można jechać dalej.

W takiej scenerii, po kilku dniach przygody i niezwykłych krajobrazów docieramy nocą do Salechardu. Jednego z naszych punktów docelowych.

Jerzy Pawleta.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.