Syberia 4×4. Skała Szamanów.

Tradycyjna religia Nieńców, rdzennej ludności Syberii, zaliczana jest, podobnie jak wierzenia innych syberyjskich ludów, do szamanizmu. Opiera się on na wierze w duchy władające ogniem, zjawiskami przyrody, górami, rzekami, niebem czy ziemią. To tutaj szamanizm pokrywa się z kultami rodowymi, jak na przykład kult duchów rodowych czy niedźwiedzia. Szaman pełni funkcję kapłana rodowego. Na Syberii szamanizm przetrwał w swej najbardziej rozbudowanej formie i zdecydowanie dominuje w życiu religijnym, mimo, że wielu Nieńców oficjalnie przyjęło prawosławie.

 

Trochę daliśmy czadu, zwłaszcza Gelenda, co widać na zdjęciu.

Plan mieliśmy prosty. Przekroczyć Ural na wysokości Moskwy, jadąc wzdłuż rzeki Ob dotrzeć do najbardziej na północny-zachód wysuniętego miasta Azji, Salechardu (jednego z dwóch na świecie leżących na Kręgu Polarnym), i wrócić do Europy przebijając się przez północny Ural Polarny. Zapewne udało by się zrealizować plan, gdybyśmy zatrzymali się, jak nakazuje tutejszy obyczaj, przy Skale Szamanów i wypili kieliszek wódki za zdrowie duchów gór.

Ostrzeżenie przyszło szybko - tuż za mieściną osadników Charp pod naszym patrolem załamał się cienki lód rzeki i utknęliśmy w płytkiej, na szczęście!, lodowatej wodzie zmieszanej ze śniegiem i skruszonym lodem. Zaczął się prawdziwy off road!

 

   Ale po kolei. Omijając szerokim łukiem Białoruś, do której wymagane są wizy, pomknęliśmy początkiem marca sześcioma przygotowanymi na trudne arktyczne warunki terenowcami poprzez Litwę i Łotwę w kierunku Rosji. Z uwagi na napiętą sytuacje polityczną na linii Rosja-Polska/Unia Europejska spodziewaliśmy się długiego pobytu na granicy łotewsko-rosyjskiej. Jakie było nasze zdziwienie, gdy celnicy nawet okiem nie mrugnęli i odprawili nas szybko i sprawnie z uśmiechem na ustach. Zaczęło się dobrze. Pogoda też sprzyjała. Słońce, wiosna w rozkwicie. Paliwo po trzy złote. Suche asfaltowe drogi, po których nasze błotno-śnieżne opony terkotały jak traktory, sprawiły, że pierwszy tysiąc kilometrów zrobiliśmy już pierwszego dnia. Wylądowaliśmy na noc w Rżewie. W socrealistycznym pokomunistycznym wielopiętrowym hotelu z dancingiem na parterze. I ogromną cerkwią vis a vis naszych okien. Klimacik.

   Mimo zmiany czasu obudziłem się rano wcześnie i z moim towarzyszem podróży, Irkiem, poszliśmy „na miasto”. Na każdym kroku widać ślady heroicznej wojennej historii poprzetykane małomiasteczkową architekturą i drewnianymi domkami z pięknie rzeźbionymi okiennicami.

Jako, że jest niedziela, do kilku cerkwi ciągną wierni. Podążamy ich śladem trafiając na fantastyczną, jak tylko prawosławna być może, celebrowaną przez kilku popów mszę. Czy nie pisałem już, że zaczęło się dobrze? Zaczęło się bardzo dobrze.

   Następny przystanek – Moskwa.

Jerzy Pawleta

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.