Mozambik. Przekraczając rzekę Zambezi

   Rzeka Zambezi, magiczna dzika nieuregulowana wielka woda nad którą nie przewieszono mostu na drodze łączącej południe z północą kraju, granica za którą zaczyna się inny Mozambik, inna Afryka. Aby wędrować dalej musiałem ją pokonać. Nie poddała się bez walki.

   Autobus z Vilankulo do Beiry startuje o 4.30 rano. Na miejscu odjazdu muszę być najpóźniej o 4.00 by mieć szansę załapać się na wolne miejsce. Jeśli nie, następny jutro. Zajmuję jedno z ostatnich wolnych miejsc i punktualnie (!) ruszamy. Cena 350 Meticais (35 złotych). Jazda przez tą część Mozambiku to niewyobrażalna nuda.

W płaskim krajobrazie nic się nie zmienia przez setki kilometrów. Busz, busz i jeszcze raz busz. Jakiś pojedynczy baobab, jakaś mała wioska w oddali, jakaś koszmarna osada z dziesiątkiem przydrożnych sprzedawców. I tyle. Beira jest równie nieciekawa. Krótka myśl o zwiedzaniu przegoniona została widokiem zakurzonego bałaganu pośrodku afrykańsko-europejsko-koszmarnej architektury. Łapię pierwszego minibusa w kierunku na Quelimane, mieścinę po drugiej stronie Zambezi. Z nieodległą Zalala Beach, gdzie można przenocować w drodze na Ilha de Mocambique.

 

   Po ponad dwóch godzinach jazdy pomiędzy zalanymi wodą pory deszczowej wioskami docieramy do Inchope, skrzyżowania z główną drogą na północ, w tym i na Quelimane. I zaczyna się czekanie na komplet pasażerów do następnej murzyńskiej taksówki, czyli minibusa. Kilkugodzinne. Już wiadomo, że nie uda się przekroczyć tego samego dnia rzeki Zambezi, po której tylko w ciągu dnia, czyli do około osiemnastej, kursuje wiekowy prom, jedyna sposobność przedostania się na drugi jej brzeg i kontynuowania podróży. Pytam kierowcę co dalej. – No problem, mister. You sleep in bus – pada prosta odpowiedź. Czyli zmiana planu, spanie w Quelimane odpada. Będzie spanie w minibusie.

 

   Zbiera się komplet. Nocna kilkugodzinna jazda z Inchope do Rio Zambezi, 200 Mt plus 50 za bagaż, kończy się opodal rzeki. Na szczęście po drodze wysiadło kilku pasażerów, kierowca ma swoje spanie w przydrożnej chacie, zajmuję więc cały przód busa. Do kierownicy i kilku wystających elementów auta przywiązuję moskitierę, pakuję się do śpiwora, plecak pod głowę i usiłuję zasnąć. Bzyk komarów i koślawe ciasne „łoże” nie pomagają. Ledwo zasypiam a tu już pobudka. O czwartej.

   Podjeżdżamy o świcie pod prom, gdzie stoi już ogromna kolejka pojazdów, w dużej części wielkich ciężarówek, reszta to pojazdy napędzane na cztery koła lub bardzo mocno przechodzone pickupy. Wszystko zapakowane po dach. Natychmiast pojawiają się naganiacze, pytając o kierunek podróży. Mówię: Nampula, bo z stamtąd jest już niedaleko na Ilha de Mocambique. Szukają dla mnie miejsca w którymkolwiek pojeździe. Nic. W międzyczasie przyjeżdżają pracownicy promu z kapitanem i coś robią – nie robią na promie. Zbiera się również kilkudziesięcioosobowa grupa piechurów. Czas płynie wolno, ale nieustannie. Jak rzeka Zambezi.

   Nieliczni czarnoskórzy przewoźnicy oferują transport swoją łodzią. Ale stawiają zaporową cenę za przejazd, prom dla piechura to symboliczne 1 Mt a oni chcą 100. A poza tym, gdy widzę ich nierówną walkę z żywiołem daję spokój.

 

   Podbiega do mnie jeden z naganiaczy. Jest miejsce! Na samym końcu kolejki, czyli ze trzy promy i kilka godzin. Pod kompletnie rozpadającym się, zapakowanym na pace stadem kóz pickupem leży kierowca i majstruje coś przy układzie kierowniczym. Pytam pro forma o cenę, bo i tak wiem, że nie podejmę ryzyka. 600 Mt. Dziękuję grzecznie i wracam pod prom. Coś może znajdę po drugiej stronie.

 

   Załoga promu dalej coś majstruje na statku. Po kolejnej godzinie opuszcza się magiczna przepustka do podróży. Wielka metalowa platforma z tyłu promu. Pojazdy po kolei ustawiają się ciasno, jak najciaśniej w dwóch rzędach pokonując nie bez trudu podjazd na śliską pochylnię. Dopełniamy prom piechurami szczelnie wypełniającymi przestrzeń pomiędzy pojazdami.

 

   Wolno, przy głośno pracujących potężnych silnikach promu ruszamy w poprzek wielkiej normalnie, a teraz szczególnie wezbranej po ostatnich ulewach rzeki. W połowie jej szerokości widać, że nurt jest zbyt silny i znosi nas w stronę wystających z wody potężnych żelbetowych przęseł budowanego ogromnego mostu. Kapitan zmienia kurs pod prąd szukając „cichszych” miejsc na wodzie, bo mimo pracujących pełną parą maszyn stoimy niemal w miejscu, mając za plecami niebezpieczną konstrukcję. Widzę wokół siebie zdenerwowane spojrzenia podróżnych. Rozchodzi się zaniepokojony gwar, gdy woda z rzeki zalewa tylną, mocno obciążoną część promu. Chowam dokumenty i karty płatnicze do podwójnych woreczków plastikowych. Rozglądam się za łodziami ratunkowymi. Nie widzę. Obmyślam plan ewakuacyjny na wypadek najgorszego. Obok stojący 4×4 ma opuszczoną szybę z mojej strony. Wrzucę plecaki do środka i każę mu, zanim wysiądzie, zamknąć okna. Może coś się uratuje. Pal licho krokodyle grasujące w tutejszych wodach.

 

   Doświadczenie kapitana daje znać o sobie. Wolno, bardzo wolno nabieramy wysokości jak tylko się da w meandrach rzeki. Skręcamy w stronę docelowego nabrzeża i walka rozpoczyna się ponownie. Wydaje się, że jesteśmy bez szans, ale ustawiony po skosie prom brnie do przodu. Zbliżamy się do brzegu. Robi się bardzo niebezpiecznie. Praktycznie nie ma już szans na żaden manewr, nabrzeże jest na naszej wysokości a do betonowego brzegu jeszcze kilkadziesiąt metrów. Dalej już tylko przybrzeżne mielizny lub słupy mostu. Napięcie wśród pasażerów sięga zenitu. Wszyscy wpatrują się to w stojący w tej chwili przed naszymi oczami brzeg, to w szarobrunatną wodę atakującą burtę statku, to w stojącego wysoko nad nami w swojej budce kapitana. Dłuższą chwilę trwa przesilenie, stoimy w miejscu. Jednak w małym zakolu woda jest odrobinę spokojniejsza. Gdy uderzamy przodem promu o pochyły beton i powoli opada przednia platforma z wszystkich uchodzi powietrze. Dookoła rozlegają głośne, rozradowane rozmowy. Zapalają się silniki samochodów.

 

   Zarzucam plecaki i poprzez wodę, która płynie między promem a nabrzeżem wychodzę na ląd rozglądając się za czymś w kierunku na Nampula. Do odległego o około 100 kilometrów Mocuba jedzie przepełniony pickup z masą towaru na prowizorycznym dachu. Za 250 Mt (relatywnie drogo, ale istnieje tu w rozbudowanej formie prawo podaży i popytu) wciskają mnie na drewnianą ławeczkę, nie zgadzam się na dopakowanie plecaka na dach i ten, ku wyraźnej dezaprobacie pozostałych uczestników podróży, ląduje na naszych kolanach. Po kilkunastu kilometrach okazuje się, że zmieści się jeszcze jeden pasażer. Z trzema kozami. Te już zdecydowanie lądują na ażurowym dachu, zamieniając się na stercie bagażu w kozice górskie. Co jakiś czas jedna z nich spadała w czasie jazdy z dachu zawisając kilkanaście centymetrów nad dziurawą drogą na sznurze, którymi były związane i przywiązane do dachu. Koszmar. Kozy sikały i załatwiały się w czasie długiej podróży, co spadało na nas siedzących pod spodem. Ale nie było alternatywy, wysiadać w szczerym polu lub w maleńkiej wiosce na trasie – bez sensu i nadziei na inny transport.

 

   Dotarłem tak do miasta Mocuba. Jest autobus do Nampula. Ale następnego dnia o piątej rano. Pierwszy ponury gest house przy dworcu autobusowym jest mój, za 500 Mt mam klimatyzowany pokój i prysznic z ciepłą wodą. Na pomarańczowo-pyłowej ulicy miasteczka przypominającego amerykańskie westerny, resztki asfaltu zostały już tylko na rondzie przy urzędzie miejskim i kościele, robię zdjęcie truckowi, ogromnej amerykańskiej produkcji ciężarówce. Jest to ten sam, który stał w pierwszym rzędzie kolejki na prom, co odkrywam oglądając wieczorem na laptopie zdjęcia. Nie przypuszczałem, że był to wstęp do mojej przygody z „konwojem”. Jazdy wielkim truckiem przez Afrykę. Która nastąpi już za kilka dni.

 

Jerzy Pawleta

Mozambik, rzeka Zambezi

 

 

 

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.