Suazi. Sibebe Rock, 1488 m npm, największa granitowa góra Afryki.

Zgodnie z umową Joshua i Gillian wpadają  po mnie do Grifters Lodge w Mbabane, gdzie spędziłem kolejną noc. Tyle, że „african time”, czyli afrykańskiego czasu. Spóźnieni o niemal godzinę. Szalona przewodniczka jak zwykle wita mnie mnóstwem słów z których potoku wyłapuję, że nie ma dziś czasu się mną zająć i obowiązki gospodarza przejmuje Joshua. OK., OK. – damy radę. Paląc nieustająco skręta za skrętem podrzuca nas na dworzec autobusowy w Mbabane, zasypując lawiną informacji jak mamy dojechać, gdzie iść, co zobaczyć, czym jest Sibebe, kto nas odbierze, gdzie zaprowadzi, jak wrócić. No i jutro oczywiście się spotykamy, bo jest generalna próba przed świętem Incwala i koniecznie muszę to zobaczyć! Przez półgodziny jazdy zdołałem trzykrotnie powiedzieć - yes.

   Wsiadamy we wskazany autobus, który zresztą Joshua doskonale znał, i najpierw obskurnymi przedmieściami Mbabane a potem malowniczą drogą Pine Valley  (Doliną Sosen) nad rzeką Mbuluzi docieramy do podnóża Sibebe Rock. Skała jest po prostu imponująca! Jest to drugi co do wielkości, po australijskim Uluru (Ayers Rock), granitowy głaz na ziemi. A jego wystająca ponad ziemię część jest nawet większa od australijskiej!

   U bram do Parku Narodowego wita nas kolejny przewodnik, Jimi, i już w trójkę zaczynamy wspinać się w górę. Idziemy najpierw gęstym lasem. Po chwili otwiera się przed nami niezwykła panorama. Góra labirynt. Ścieżka wije się pomiędzy potężnymi głazami o niezwykłych, fantazyjnych kształtach poukładanych często jak klocki przez malucha, który sprawdza granicę, krawędź poza którą kamienny klocek stoczy się w dół pociągając za sobą lawinę kolejnych. Drzewa przechodzą w krzewy i trawy. A nad tym wszystkim króluje granitowa czasza Sibebe. Jak się miało okazać jedna z kilku, które tworzą cały masyw. W kamienno – zielony krajobraz wkomponowanych jest kilka wiejskich chat pomiędzy którymi krzątają się tubylcy wypasając krowy.

   Wspinamy się dalej w górę. Podziwiam niezwykłe kształty ale i równie nierzeczywiste kolory skał. Mienią się paletą barw trudną do opisania. Nasuwa mi się natarczywie skojarzenie z malarstwem Clouda Monet, jego rzeką z nenufarami. Niesamowite. Moi przewodnicy pokazują mi, jak pozyskać pitną wodę z roślin porastających zbocze góry. Nachylają liście wielkiej agawy, z których strumykiem spływa czysta, chłodna deszczówka. Pochylają się nad kolejną rośliną by ją zerwać i zademonstrować mi, jak stać się może pożywieniem. Nieco cierpkim, ale dającym orzeźwiającą strawę. Góra kryje też sporo zwierząt, co jakiś czas natykamy się na czaszki większych czy mniejszych gryzoni. Czyli gdzieś zza skał obserwują nas pewnie i żywe osobniki. Natomiast niemal zupełnie nie zwracają na nas uwagi przepiękne dzikie konie, których niewielkie stadko ze źrebakami skupiło się pod jedną z granitowych czasz tuż u wejścia do sporej stromej szczeliny. Moi przewodnicy natychmiast wykorzystali moment i zagonili konie w skalną pułapkę by dać mi szansę na zrobienie zdjęć z bliska. Udało się znakomicie, choć chwila gdy dzikie zwierzęta zwietrzyły szansę ucieczki i rzuciły się do ujścia wąwozu była nadzwyczaj niebezpieczna. Przegalopowały tuż koło nas nie bacząc na żadne przeszkody.

   Kolejną atrakcją Sibebe są labirynty grot i jaskiń. Trudno znaleźć wejście do nich wśród rumowiska głazów, ale od czego są moi przewodnicy. Po chwili kluczenia zagłębiamy się w czarną otchłań pieczary, przeciskamy wąskimi korytarzami, wspinamy skalnymi kominami pomagając sobie wzajemnie w pokonaniu trudności by wyjść kolejnym otworem w okolicy jednego ze szczytów. Chłopcy popisują się kilkumetrowymi skokami z jednego granitowego zwieńczenia góry na drugi, które przecięte są głębokimi parowami. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia na szczycie. Trwa feta z okazji zdobycia największej granitowej góry Afryki, której nazwa pochodzi od nazwiska pierwszego śmiałka, który zdobył ją od strony potężnej granitowej kopuły.

   Ale trzeba i z niej zejść. A to okazuje się nie być takie proste. Z dwóch powodów. Po pierwsze moi przewodnicy dość lekkomyślnie wybrali do zejścia granitową czaszę opadającą stromo, coraz  bardziej stromo setkami gładkich metrów aż do podnóża góry majaczącego w dole. Po drugie – bardzo niebezpieczne tą stroną góry zejście jest śmiertelnie groźne przy opadach deszczu, gdy granitowa powierzchnia zamienia się niemal w szklaną taflę. Zginęło tu kilku chojraków, którzy próbowali w deszczu ekstremalnych podejść (od jednego z nich góra zresztą nosi swoją nazwę). A moi panowie nie bacząc na zbliżające się w szybkim tempie czarne chmury i groźnie porykujące grzmoty powodowane spektakularnymi błyskawicami dywagują, którędy by to zejść by dać radę a nie dać się górze. 

I tak dysputując spuszczają się krok po kroku coraz niżej. Gdy dopadają nas pierwsze krople deszczu nie mamy odwrotu. Jesteśmy w takim punkcie góry, że wspinaczka może być bardziej zdradliwa od schodzenia. Trochę „w kucki”, trochę na czterech literach opuszczamy się ostrożnie w dół. Deszcz przechodzi w ulewę. Robi mi się gorąco, choć temperatura wyraźnie spadła. Na szczęście do podnóża zostało już niedaleko. Gdy docieramy do granicy krzewów i drzew oddychamy z ulgą. Moi czarni koledzy śmieją się głośno i radośnie: ale napędziliśmy Ci strachu, co?… Ale miny mają tak czy owak nietęgie.

Jerzy Pawleta, Suazi

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.