Suazi. Piggs Peak. Wielkie zaręczyny w małej wiosce.

Gillian poznałem na granicy z RPA, gdy stałem wieczorem przed zdewastowanym szlabanem za którym rozpościerał się kraj o którym nie miałem zielonego pojęcia. Suazi. Wiedziałem jedynie, że to monarchia absolutna i rządzi tu twardą ręką rodzina królewska. Tyle. Kraj poznałem dzięki czarnej, szalonej kobiecie.

 

   Po całym dniu jazdy minibus podrzucił mnie pod granicę i zostawił. Ruch już niewielki. Zainteresował się mną pogranicznik z Suazi: - Dokąd jedziesz? – rzucił. – Do stolicy, do Mbabane – odpowiedziałem. – O tej porze będziesz miał kłopot. Pomogę ci – i machnął w stronę nadjeżdżającego pojazdu. Ten karnie się zatrzymał. – Zabierzesz tego gościa – rozkazał kierowcy i wrzucił moje plecaki na tylne siedzenie. Ten tylko kiwnął głową i poszedł na posterunek graniczny załatwiać formalności.

   W tym samym momencie pod granicę podjechał rozpadający się wehikuł bliżej nieokreślonej marki. Wyskoczyła z niego po europejsku ubrana czarna kobieta około czterdziestki z niebywale rozwichrzoną fryzurą i zasypała celnika i okolicę lawiną słów i gromkim śmiechem. Jej ciemne jak zbliżająca się noc oczy rzucały bystre spojrzenia na wszystkie strony. Celnik podszedł do mnie – Zmiana planów. Pojedziesz z lady. Będziesz miał lepiej - Nie pytałem czemu.

   Moje toboły wylądowały w nieopisanym bałaganie panującym w pojeździe niezwykłej damy. Wnętrze było jeszcze bardziej zdewastowane niż zewnętrze, choć wydawało się to niemal niemożliwe. Odpadająca podsufitka, zdezelowane drzwi i fotele. Wszędzie pełno części samochodowych, butelki po sokach owocowych, jakieś ciuchy i całe sterty popakowanych w paczki, przeznaczonych do kolportażu gazet. Z dyndającego głośnika odtwarzacza głośno rozbrzmiewa muzyka reggae. Ruszyliśmy. Kobieta ściszyła radio i zapalając znajomo acz nielegalnie pachnącego skręta przedstawiła się: – Jestem Gillian, dziennikarką propagującą turystykę w Suazi. Piszę artykuły, robię film dla BBC, wydaję gazetę, najnowszy projekt związany jest z Sibebe Rock. Nie wiesz co to jest?! Największy po Ayers Rock głaz na świecie! Jesteś dziennikarzem? Super, skąd ? z Polski? To gdzieś koło Niemiec? Nieważne, muszę Ci koniecznie pokazać Sibebe Rock! Gdzie śpisz? E, nie… znam lepszy backpackers, podrzucę Cię a jutro się umówimy i pojedziemy pod Sibebe -. Od kiwania głową przez godzinę zaczął mnie już boleć kark. Na szczęście docieramy na miejsce.

    W środku nocy lądujemy w Manzini, drugim co do ważności mieście Suazi. Hostel Swaziland Backpackers. Oczom nie wierzę. Schludny budynek przylega do podświetlonego basenu, na zewnątrz barek i klubowa muza. Po załatwieniu formalności ląduję w ciepłej wodzie basenu. Co jest? Tani hostel a taki standard? Czy Suazi to koniec świata czy najbogatsze państwo Afryki? Ranek pokazał, że ani jedno ani drugie. Typowe państwo afrykańskie, gdzie dzięki nieoczekiwanym kontaktom znajdziesz więcej, niż mógłbyś się spodziewać.

   A mój nieoczekiwany kontakt, Gillian, wpadł wczesnym sobotnim rankiem z informacją: – Zmiana planu, mam zaproszenie na ślub dyrektora parku Sibebe Rock. Będzie we wiosce na północy kraju niedaleko Piggs Peak. Jedziesz ze mną? Musisz jechać jeśli nie byłeś jeszcze na tradycyjnym ślubie w Suazi -. Nie tylko, że nie byłem na ślubie w Suazi, ale nie byłem na żadnym ślubie w Afryce. Jak więc nie skorzystać z zaproszenia. – Nie mam innych ciuchów niż te na sobie… Co muszę zabrać? Prezent? Flaszkę? – pytam lekko zaskoczony. – Bierz aparat, kamerę i jesteś honorowym gościem – pada szybka odpowiedź.

   Za chwilę gnamy, jeśli można tak powiedzieć o prędkości rozwijanej przez pojazd Guilian, asfaltową, nieco tylko dziurawą drogą z córką Gillian i Joshuą, który będzie po powrocie z imprezy moim przewodnikiem po Sibebe Rock. Wiatr świszcze w szparach drzwi i okien, muzyka gra na cały regulator, Gillian to krzyczy coś do telefonu komórkowego, to pali kolejnego skręta, to mówi coś do mnie lub pozostałych, to pyta o drogę. A na ogół robi to wszystko na raz, łapiąc od czasu do czasu kierownicę, gdy  auto niebezpiecznie zbacza z kursu.

   Docieramy na miejsce. Jest nim wiejska parterowa szkoła. Wita nas niewielka grupka osób ćwiczących weselne pieśni, kilka kucharek gotujących na wielkim ognisku jakieś strawy i Pani Młoda w stroju nie przypominającym weselnego. Wita nas nieco zdziwiona. My też jesteśmy zdziwieni. Zwłaszcza Gillian. Bo ja już przywykłem do zwrotów akcji w towarzystwie mojej przewodniczki.

   I co się okazuje. Raz, to nie ślub tylko zaręczyny. Dwa, będą. Ale nie dzisiaj tylko jutro. No i jest problem co z nami zrobić. Gdzie przenocować. Szybka narada bojowa i jest wyjście. Śpimy na podłodze w jednej z klas. Znajdują się dwa materace dmuchane, będą dla pań. Joshua zsuwa dla siebie ławki w kącie sali, w której jest niemiłosiernie gorąco. Nie można wieczorem otwierać okien, bo wlatuje wszelkie fruwające robactwo, w tym monstrualne chrząszcze wielkości piłeczki tenisowej. Dla mnie jest tu za duszno. Taszczę kilka ławek na zewnątrz, ustawiam pod szerokim okapem do którego przyczepiam swoją moskitierę z którą w Afryce się nie rozstaję. Wbijam się w śpiwór, plecak pod głowę i jest bosko. Tylko te cholerne chrząszcze brzęczą mi koło nosa. Ucisza je ulewa, która zrywa się w nocy. A wraz z nią potężna burza.

   Rześki poranek wita mnie śpiewem kucharek i chichotem dziewcząt przygotowujących uroczystość, które na widok białasa pod moskitierą szturchają się w boki i szczerzą białe zęby.

      Grupka młodzieży ustawiona przy ceremonialnym stole zaczyna pięknie śpiewać pieśni gospel. Podchwytują to w mig dzieciaki i rozbrzmiewa znakomity koncert a capella.      

   Zjeżdżają się powoli goście. Przeganiają w rytmie pieśni dzieciaki z ław ustawionych gęstymi rzędami, które teraz zajmują matrony w odświętnych strojach. 

   Niezwykłe, harmonijne śpiewy niosą się w coraz bardziej rozgrzaną przestrzeń, gości przybywa z każdą minutą. A pary młodej nie widać. Jest już godzina opóźnienia.

   Przed południem przybywa w białej sukni i towarzystwie druhen piękna Pani Młoda. Wchodzi na salę i miesza się z tłumem śpiewających i tańczących. Atmosfera gęstnieje, tańce robią się coraz bardziej żywiołowe. Pot ścieka strumieniami z tańczących. Przy szmerze podziwu kobiet i aplauzie maluchów przybywa z męską świtą Pan Młody. Zajmuje honorowe miejsce przed stołem rytualnym. Zaczynają się długie, żarliwe przemówienia kapelana, szamanki czy ważnych członków rodzin przerywane przez będących w religijnym transie gości gromkim Alleluja!. Ścisk jest niewiarygodny, sala pęka dosłownie w szwach, wszystko pulsuje w rytm modłów i śpiewów. Jest magicznie.

   Jeszcze kolejny występ w stylu gospel do którego przyłącza się i sama Pani Młoda. Dzieciaki przyklejają nosy do szyb. Pan Młody jest zachwycony. Ale w końcu przychodzi i jego kolej. Musi odśpiewać swoją kwestię. Pan dyrektor Parku Narodowego jest wyraźnie stremowany. Jego stres łagodnymi gestami tłumi piękna wybranka. Następuje ceremonia wymiany prezentów pomiędzy stronami, potem Pan Młody wyciąga zaręczynowe obrączki, które zakłada na palec Pani Młodej i swój. Ta zaś zdejmuje mu „cywilny” krawat i zakłada biały „ślubny”. Trzymając się nieśmiało za ręce Młoda Zaręczynowa Para uczestniczy w dalszych śpiewach, które kończą się wspólnym wyjściem wszystkich gości przed budynek, gdzie wydawane są posiłki i napoje. Bezalkoholowe. A rozmowy pod okapem dachu czy w cieniu rozłożystych drzew trwały jeszcze długo.

   Wreszcie strony rozjechały się w dwóch kierunkach. Pan Młody ze swoją świtą (i nami) w jednym, Pani Młoda ze swoją w drugim. Następne spotkanie podczas ślubu.

   A moje z Gillian już jutro. Przecież czeka Sibebe Rock!

 Jerzy Pawleta, Suazi

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.