Lesoto. Królewskie Groty Lipofung i afrykańska mielonka. + film

Ostatnie z istotnych miejsc na moim szlaku związanych z królem Moszesze (żył w latach 1824 – 1870) to groty Lipofung oddalone od Butha Buthe o pół godziny jazdy. I od razu przyznam się, ze uciekłem (zapłaciwszy za noc, mówiłem, że zostanę na dwie) z Motlejoa Lodge, by zostać na dłużej w turystycznej murzyńskiej chacie usytuowanej w powstającym kompleksie przy grotach (100 Randów za noc). Wprawdzie bez wyżywienia i prądu, przy świecach i lampie naftowej, ale za to w sąsiedztwie wysokich gór Drakensberg, płynącej dołem rzeki Hololo, wiejskich chat oddalonych o kilkaset metrów od grot i absolutnej ciszy migoczących nad głową gwiazd. Jedynym towarzyszem był czarnoskóry stróż, który przychodził ze wsi na nocną zmianę. Super miejsce.

   Groty Lipofung, wstęp 15 Randów, niewielki rezerwat przyrody obejmujący jedynie 4 hektary, są w rzeczywistości potężnym „przewieszeniem” wyrytym przez wodę w piaskowcu. Pierwotnie zamieszkiwane przez ludy San (Buszmeni) i inne plemiona Ery Kamiennej, ozdobione licznymi ważnymi ze względów artystycznych i poznawczych malowidłami naskalnymi, zajmują ważne miejsce w historii Lesoto. Znaleziska archeologiczne to między innymi kolorowe przedmioty wykonane z opalizujących nadrzecznych kamieni, kości czy muszli. Grot używał wielokrotnie jako schronienia w początkach XIX wieku król Moszesze, zwany Wielkim, podczas pobytów w tej części królestwa. W trakcie jednego z nich (w 1840 roku) towarzyszył mu misjonarz Thomas Arbousset, który szczegółowo opisał wygląd grot z tego okresu.

   Zaopatrzeniem wiejskiego sklepiku w Lipofung były, jeśli chodzi o wyżywienie, głównie biskwity. Również jajka i pieczywo. Młody czarny sprzedawca, po drugiej mojej wizycie już przyjaciel, z przepastnej chłodni wyciągnął mi coś, co było beztłuszczową wędliną (?) w kostce, miało różowawy kolor, więc pewnie była to mielonka. Dokupiłem cebulę i dwie puszki zimnej fanty. Piwo już się skończyło, sprzedawca obiecał zostawić mi w lodówce na jutro popołudniu. Jeszcze garść cukierków dla wiejskich dzieciaków, które były zapłatą za zrobione zdjęcia. W owoce (ananas i banany) zaopatrzyłem się u przydrożnych sprzedawczyń. Za wszystko zapłaciłem około 45 Randów, 15 złotych. Wróciłem do swojej „chaty” i w kuchni z palnikami i wielką butlą gazową upichciłem na obiad wielką jajecznicę z cebulą na mielonce, którą musiałem długo zeskrobywać ze ścianek wątłej patelni. Na deser soczysty ananas, palce lizać.

   Następnego dnia po „śniadaniu Małysza”, bułka i banany, wyruszyłem na podbój nieodległej góry z usytuowaną na niej Hydro Power Station, wysyłającą energię elektryczną do sąsiedniej RPA. Na miejscu jest zbędna.

   Po przemarszu przez „swoją” wioskę z niekończącymi się powitaniami z jej mieszkańcami i tłumkiem dzieciaków u boku, wkroczyłem na asfalt by po kilku kilometrach malowniczej drogi z widokami na góry, wodospady i murzyńskie chatki skręcić w lewo w ścieżkę prowadzącą przez kolejną wioskę w stronę elektrowni.

   Dochodzę do grani z której doskonale widać całą „elektryczną” górę zwieńczoną betonową konstrukcją, rzekę płynącą dołem zamkniętą tamą tworzącą spory zbiornik wodny i asfaltową drogą, która chowa się w tunelu wydrążonym w masywie. Całość robi całkiem imponujące wrażenie. Stromą ścieżką schodzę w stronę mostku na rzece i znów wspinam się polami i łąkami w górę. Kobieta z trójką dzieciaków orze ziemię za pomocą pługa ciągnionego przez dwa dorodne byki, mały pastuch w towarzystwie wyleniałego chudego jak szczapa psa goni stadko krów, czarnoskórzy pasterze przepędzają stado owiec.

   Jeszcze kilkaset metrów i dochodzę do okazałego głównego budynku Hydro Power. Wita mnie strażnik ostrzeżeniem o zakazie fotografowania, gdy lufę obiektywu kieruję na budynek. Mówię, że jestem dziennikarzem z Polski i chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o inwestycji. Po kilku telefonach wprowadza mnie do biurowca, gdzie dowiaduję się, że centrum informacji o obiekcie znajduje się koło przystanku, gdzie pół godziny temu byłem. OK, najpierw zdobędę szczyt góry. Strażnik przy bramie mówi mi, że jest tu miejsce, którego nie obejmują kamery i żebym zrobił mu zdjęcie z karabinem. Się robi. Dokładam dla siebie budynek, już bez jego sprzeciwu.

   Kolejne kilkadziesiąt minut i kamienną drogą wydartą górze docieram na jej szczyt „ozdobiony” industrialnymi elementami, kojarzącymi mi się, nie wiem czemu, z końcową sekwencją Seksmisji. Tyle, że na wschodzie nie ma żadnej cywilizacji. Są tylko góry, góry i góry. Dookoła. Piękne, malowane światłem słońca przeświecającego przez nisko zawieszone chmury. Krajobraz wart żmudnej wspinaczki.

   Po drodze w dół odwiedzam centrum informacji, gdzie nie otrzymuję takowej, jedynie kilka wiekowych broszurowych kolorowych wydawnictw. Głośną muzyką zwabia mnie w nadziei na jakiś posiłek sąsiedni bar ze słomianymi parasolami na  zewnątrz. Wewnątrz zastaję korpulentną barmankę obwieszoną mnóstwem okazałej biżuterii oferującą jedynie piwo i inne alkohole. Plus rozbawioną śmietankę wsi. Przez łoskot głośników krzykiem zamawiam złocisty napój chłodzący, wynoszę go na zewnątrz, gdzie bardzo rozmowny tubylec, mimo braku znajomości angielskiego, z kilku połamanych plastikowych krzeseł buduje mi jedną konstrukcję zdolną jako tako utrzymać moją osobę w pozycji siedzącej.

   Wracam do siebie busikiem ciesząc się ciszą i spokojem miejsca. I zimnym piwem zachowanym przed miejscowymi w otchłani lodówki przez sympatycznego sklepikarza. Prosi tylko o konieczny zwrot butelki. Na kolację powtarzam wczorajsze menu. Przecież za pierwszym podejściem udało się przeżyć murzyńską mielonkę.

  

W stronę Golden Gate National Park

    Lesoto opuszczam przez niezwykle malowniczą przełęcz Monantsa. Kilkugodzinny przejazd z pobliskiego do Lipofung Qalo odbywam we wnętrzu ciężarówki dostarczającej pieczywo do wiosek na trasie. Zasypiający za kierownicą Murzyn, skasował mnie niegodziwiec za stopa 30 Randów mówiąc, że jedzie na samą przełęcz, zatrzymuje się co strumień, by polać głowę orzeźwiającą zimną wodą. Mozolnie wspinamy się serpentynami kamienno pyłowej drogi nadającej się praktycznie jedynie dla kierowców pojazdów napędzanych na 4 koła i nie cierpiących na lęki wysokości. Kontroluję kontem oka, czy mój kierowca nie zasnął na dobre. Z ulgą witam stwierdzenie, że skręca w prawo a do granicy mam już bardzo blisko. I coś na pewno złapię. Trafia się offroadowa murzyńska taksówka, minibus. Nie przypuszczałem, że spotka mnie powiedzenie „z deszczu pod rynnę”. Rozbawiony Murzyn gna szutrowymi wybojami dobrze ponad 100 km/godzinę przeganiając z drogi tubylców i liczne domowe zwierzęta przeraźliwym klaksonem, śpiewając murzyńskie piosenki do wtóru odkręconych „na maxa” głośników, zapalając gasnącego co rusz skręta, pachnącego zakazanym zielskiem. I granica wcale nie była tak blisko.

   Z jeszcze większą ulgą przywitałem posterunek graniczny, gdzie funkcjonariusze po dłuższych konsultacjach wkleili mi kolejną miesięczną wizę do RPA (termin poprzedniej minął kilka dni wcześniej). Warunkiem otrzymania nowej wizy było wkroczenie do RPA innym przejściem granicznym z Lesoto, niż RPA opuściłem. Za pół godziny znalazłem się w południowoafrykańskim Witzieshoek, posiadającym również nieskomplikowaną tubylczą nazwę Phuthaditjhaba, pojawiającą się na drogowskazach. Stąd już tylko kawałek do parku narodowego Golden Gate Highlands National Park w górach Maluti. Mojego kolejnego przystanku w Afryce.

 Jerzy Pawleta

Lesoto

ps. dla tych, którzy przebrnęli przez cały tekst jeszcze bonus :-) naprawdę fajny fragment filmu z Lesoto. Historyjki z Lipofung:



2 Komentarze

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.