Maseru, stolica Lesoto i …dalej w drogę. +film

Maseru mnie jednak nie minie. Po prawie dwugodzinnym bezskutecznym oczekiwaniu na jakikolwiek pojazd w kierunku na wioskę osadzoną w skalnych grotach, Kome Caves, zmieniam marszrutę i ląduję w stolicy Lesoto, węźle komunikacyjnym kraju. Wita mnie rozbuchane nadzwyczaj głośną muzyką wydobywającą się z wystawionych na ulicę wielkich głośników, okrzykami sprzedawców, klaksonami taksówek i autobusów, pokrzykiwaniami dzieciaków miejskie targowisko i coś na kształt dworca taksówkowo-autobusowego. Kilkanaście uliczek dosłownie zawalonych wszystkim, co da się sprzedać i dymiącymi garkuchniami czy grillami z lokalnymi specjałami wciśniętymi w ten kosmiczny harmider zaczynający się we wnętrzach setek sklepików a kończący się już nawet nie na koślawym chodniku, a wprost na rozpostartych na ulicy gazetach, skrzynkach czy kartonach. Krajobraz jak po wybuchu bomby z bałaganem.

Krajobraz ten (ale i nowe Maseru) spróbowałem uchwycić kamerą. Co z tego wyszło? Sprawdźcie poniżej:

Link do filmu:

   W poszukiwaniu banku ląduję na szczęście w „downtown”, jak określają to miejsce tubylcy, co dosyć mocno zmienia mój obraz Maseru. Czysto (jak na standardy afrykańskie), normalne sklepy, kilka fajnych knajpek i parę kafejek internetowych. No i niezwykle obszerna, umieszczona w wielkiej budowli stylizowanej na krytą strzechą chatę, dobrze zaopatrzona informacja turystyczna. Lunch spożyty w wygodnej sofie w umieszczonej na pierwszym piętrze (trudno znaleźć wejście, ale warto poszukać) przy Kingsway, głównej ulicy miasta, Good Times Cafe nastawia mnie zdecydowanie pozytywnie do miasta. Mają tu również prawdziwe torty, pierwsze i ostatnie jakie widziałem (i oczywiście skosztowałem) w tej części Afryki.

 

Kapelusze w kształcie góry Qiloane przed informacją turystyczną.

Kierunek Butha Buthe, najstarsza górska twierdza króla.

    Następnego wczesnego ranka (ascetyczne ale tanie spanie, 80 Randów, w Anglican Centre) ze znajomego mi bałaganu porywa mnie (dosłownie, bo autokar już ruszał) autobusowy naganiacz i bileter. Wszystkie miejsca są zajęte, usadza mnie z plecakami na wielkiej pokrywie silnika tuż obok kierowcy. Oprócz biletu kupuję od niego za 10 Randów rastafariańską bransoletkę, która zdobiła przegub jego dłoni. Zostały mu żółto-czerwono-zielone sznurówki. Kierunek Butha Buthe, prawie 150 km, pierwsza górska twierdza Króla Moszesze. Po przesiadce do minibusa ląduję w końcu w Butha Buthe, kolejnym koszmarze afrykańskiej małomiasteczkowej struktury.

Po dłuższych poszukiwaniach i wędrówkach w kurzu i upale (odpuszczam miejscowy hotelik, bo tchnie nocną awanturą ponurego baru) znajduję kąt do spania (150 Randów ze śniadaniem) w surowym budyneczku Motlejoa Lodge, ale z dala od centrum. Jeszcze tego samego popołudnia po kilkunastominutowych instrukcjach czarnoskórych gospodarzy jak dotrzeć do mojego celu, wyruszam w kierunku widocznej jak na dłoni góry, która mieści warownię. 

   Przekraczam główną drogę na Mokhotlong i na skróty przez łąki i pola, po konsultacji z kolejnymi czarnoskórymi mieszkańcami tej krainy, idę w kierunku na sławną górę. Trasę przecina mi jar ze strumieniem, który po ostatnich opadach przybrał rozmiary rzeki nie do przekroczenia. Wracam na drogę. Dookoła przez wioskę, gdzie towarzyszy mi zgraja roześmianych kilkuletnich przewodników, zaczynam wspinać się w kierunku wytyczonym wskazówkami maluchów, które boją się kilkusetmetrowej (od podstawy) góry i zostają u jej podnóża. Kilkudziesięciominutowe kluczenie i wytyczanie własnego szlaku (nie ma tu żadnego oznakowania) owocuje zdobyciem twierdzy, którą jest grota z niewielkim usypanym kamieniami murem usytuowana nieopodal szczytu góry.

Tuż obok szumi skalny wodospad. Według relacji tubylców twierdza Króla Moszesze składała się z dwóch jaskiń, w jednej, od frontu, przebywali mężczyźni i wojownicy, w drugiej, schowanej w głębi wijącej się góry, schronienie znalazły kobiety i dzieci. Słońce chowające się za sąsiednimi górami nakazywało odwrót. Pozostała mi już tylko kontemplacja pięknych widoków rozciągających się dookoła i wsłuchiwanie się w muzykę i śpiewy dochodzące z którejś z okolicznych wiejskich chat.

Jerzy Pawleta

Lesoto

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.