Lesoto. Szlakiem twierdz króla Moszesze. Thaba Bosiu, Góra Nocą.

Widok z mojego sunny busa.

Następnego ranka wita mnie słońce i upał. Nieco zdewastowany sunny bus zabiera mnie za 50 Randów w kierunku Maseru, stolicy kraju. Nieopodal niej znajduje się mój cel – Thaba Bosiu. Autobusik ledwo daje radę przebić się przez góry. Co rusz stajemy we wioskach zaliczając kolejne targowisko dając ochłonąć przegrzanemu silnikowi.

   Przyjemność przejazdu przez widokową przełęcz Blue Mountain Pass z malowniczym wodospadem czy opodal jeziora z zaporą Mohale Dam psują zakrojone na wielką skalę roboty drogowe. Właśnie trwa budowa drogi przecinającej piękne góry i kierowca musi dokonywać cudów ekwilibrystyki, by ominąć błotno-kamieniste koleiny wyżłobione przez ciężki sprzęt, pozostawione na trasie głazy czy inne czyhające niespodzianki. Co jakiś czas wodą ze strumieni polewa dymiące od hamowania koła pojazdu.

 

   By uniknąć wjazdu do Maseru wysiadam kilka kilometrów za miejscowością Nazareth i drogą do Thaba Bosiu docieram pod informację turystyczną stojącą vis a vis wejścia na górę z twierdzą, o której piszą przewodniki i informują mapy. Pytam czarnoskóry staff o twierdzę i tanie spanie na miejscu. Odpowiedzią zdziwione spojrzenia. Warownia króla Moszesze? Nie ma takiej! Twierdzą są skały góry, która według legendy za dnia jest wzgórzem a nocą niezdobytym szczytem. Stąd nazwa Thaba Bosiu – Góra Nocą. Postanowiłem podbić ją po zachodzie słońca. Bo za dnia faktycznie nie wyglądała imponująco.

Jeździec w stroju Basotho i informacja turystyczna w tle

   Chcąc nie chcąc musiałem wykupić w IT bilet wstępu za 10 Randów. Najbliższe tanie spanie zaoferowano mi w Maseru. To wybitnie kłóciło się z moim planem. Pozostała opcja relatywnie drogiego, ale jedynego w pobliżu Mmelesi Lodge. 280 Randów (90 złotych) w okrągłej murzyńskiej stylizowanej, krytej strzechą chacie z łazienką. I śniadaniem. Obiad, niezła ryba za 80 Randów w tym samym miejscu, bo alternatywą jest tylko murzyński snack bar, od którego zalatywało głośną muzyką, jeszcze głośniejszymi okrzykami i rozlanym piwem.

 

Górale z Thaba Bosiu

   Wyruszam przed zmierzchem by w zachodzącym słońcu sfotografować stojącą opodal wioski charakterystyczną górę Qiloane (taką nazwę napisał mi mazakiem miejscowy chłopak na moim termosie), kształtem i niezwykłym zwieńczeniem podobną do słomianych nakryć głowy typowych dla Lesoto, symbolu państwa. No i zdobyć niezdobytą.

   Nikt nie sprawdza mojego biletu, nie ma też niezbędnego podobno przewodnika. Są wszechobecne małe jaszczurki, które zmykają na mój widok. W szybko szarzejących resztkach dnia wspinam się kamienną drogą w stronę rosnących w moich oczach skał. Słyszę za sobą nieoczekiwane odgłosy. To miejscowe kobiety wspinają się na szczyt. Niosąc piły. Po co? Do dziś nie wiem…

Charakterystyczna góra Qiloane

Droga zmienia się w niewyraźną ścieżkę wijącą się coraz bardziej stromo wśród rumowisk. Jedna jej odnoga biegnie w stronę widocznych z dołu dwóch potężnych bloków skalnych z przytwierdzonymi masztami na których nie powiewa żadna flaga. Sprawdzam ją. Ruin twierdzy ciągle nie dostrzegam, jedynie maleńki fragment przypominający kawałek ściany murzyńskiej kamiennej chaty. Jedno jest pewne. Widok na okoliczne góry i chmury rozświetlone czerwonymi promieniami słońca które schowało się za widnokrąg jest fantastyczny.

Wracam do rozwidlenia i podchodzę na wieńczący górę płaskowyż z symetrycznie ułożonymi kamieniami. Na jednym dostrzegam wyryte znaki. W głębi ciemnego już plateau majaczą fragmenty rozsypujących się małych kamiennych budowli. Za późno już, by się zapuszczać głębiej, tym bardziej, że góra kończy się ze wszystkich niemal stron kilkudziesięciometrowymi urwiskami. Siadam nad jednym z nich. Ogrom przestrzeni jest po prostu powalający! Góra urosła do niebotycznych rozmiarów. Wydaje się, że siedzę blisko gwiazd błyszczących tuż nad moją głową i z niezwykle wysoka spoglądam na ziemię. Z dołu dochodzą odgłosy kładącej się do snu wioski, porykiwanie osła, cykady kontynuują swój koncert, wtórują im głośnym chórem żaby z pobliskiego jeziora. W dali, na tle jednej z gór migoczą światła Maseru. Można by tak siedzieć i siedzieć. Ale kto znajdzie w hebanowej nocy drogę w dół…

   Pod czarną nieoświetloną, jak to w Lesoto, informacją turystyczną natykam się na czarnego w czarnym mundurze ochroniarza. Aż dziw, że się z nim nie zderzyłem. Rozmawiamy chwilę murzyńskim angielskim o tym i o owym, aż w końcu tłumaczy mi, że resztki budowli, które dostrzegłem to nie pozostałości twierdzy a budynki misjonarzy, którzy w XIX wieku jako pierwsi wykorzystali kamień jako budulec domów. Przed nimi tubylcza ludność budowała swoje okrągłe chaty z patyków i drewna łączonego gliniastym spoiwem. Bogatsze siedziby składają się z dwóch budyneczków, okrągłego w którym na ogół mieści się kuchnia wspólna z miejscem do jedzenia i prostokątnego, będącego połączeniem sypiali z pokojem dziennym.

   Postanawiam sprawdzić resztki budowli tym razem o wschodzie słońca. Poranne lekko przymglone światło pięknie rysuje okolicę. Góry o nadzwyczajnych kształtach, dziesiątki małych wąwozów, dolin i dolinek wyrzeźbionych misternie przez wodę w żółtej glebie terenów przylegających do jeziora czy przepływającej rzeki, wioski o okrągłych chatach przyklejone z jednej strony do gór a otwarte na pola uprawne z drugiej. Odwiedzam ruiny domów misjonarzy, siadam pod starym drzewem przez nich posadzonym, zaglądam do otoczonych wielkimi agawami pustych wnętrz, z plączącymi się tu i ówdzie resztkami ludzkiej bytności. Powiewa historią i nostalgią. A moja magiczna, piękna góra Thaba Bosiu, miejsce które głównie za sprawą króla Moszesze zjednoczyło lud Basotho, jest w świetle budzącego się dnia wyraźnie mniejsza…

Jerzy Pawleta

Lesoto

Twierdza Thaba Bosiu

Thaba Bosiu, ruiny kamiennych domów misjonarzy

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.