Lesoto. Z Murzynką na pace policyjnego pick-up’a, czyli niezła jazda przez góry. (Opowieść z filmem)

Lesoto. Lekko przykurzony góral.

Rano powrót do Mokhotlong. Bankomat dalej zepsuty. Pakuję plecaki do sunny busa i jadę w znanych mi już rytmach w stronę Thaba-Tseka.

Mokhotlong. Z tą panią tym autem nie pojadę.

Po dobrej półtorej godzinie walki z podjazdami, zakrętami, wyboistą kamienno-pyłową drogą biegnącą niezwykłym krajobrazem docieramy do jakiejś wioski w górach. To ostatni przystanek mojego busika. Za jakiś czas coś powinno jechać stąd do Thaba-Tseka.

Stoję z trzyosobową ciemnoskórą grupką podróżnych w dziwnym miejscu na rozstaju dróg. Miejscowi górale przyglądają mi się ze spokojem, paląc charakterystycznie pachnące skręty. Na przydrożnych kamieniach siedzące kobiety i ciekawskie, roześmiane dzieciaki oferują owoce prosto z drzewa czy krzaka. Ktoś inny sprzedaje na ceracie rozłożonej wprost na ziemi własne wypieki, małe chlebki. Za 3 Randy (1 złoty) kupuję jeden z nich, bo głód zaczyna doskwierać. Obok gruba Murzynka sprzedaje ustawione na sztorc pasterskie kije ozdobione regionalnymi wzorami. Do teraz żałuję, że nie kupiłem. Nigdzie ich potem nie widziałem.

Z zakurzonej drogi przegania wszystkich krótki intensywny deszcz. Ja wpadam do czegoś, na czym pisze „cafe”, a jest sklepem, gdzie kupić można niewiele, ale jest piwo i inne lekko alkoholizowane napoje. Wewnątrz grzmi z głośników muzyka do której na środku sklepikowego klepiska kiwa się rytmicznie wymachując pasterskimi kijami dwóch młodych, odzianych w długie „kocowate” okrycia i fantazyjne czapy górali. W pełnej dymu salce obok kilku mężczyzn, równie interesująco odzianych, siedzi przy stoliku uprawiając lokalny hazard. Gdy kieruję kamerę w ich stronę wymownie kiwają, bym przestał. Się robi.

Tancerze

Muzykę z Lesoto, taniec górali afrykańskich i fragment jazdy zobaczycie tutaj:



   Deszcz ustaje, podjeżdża policyjny pick-up. Dziewczyna z grupki mówi mi, że jadą do Thaba-Tseka, żebym zagadał. Bez problemu pakują mnie na pakę. Dosiada się starsza kobieta z wielkimi tobołami. I już pędzą górską drogą. Trzęsie niewiarygodnie, ale widoki są fantastycznie piękne. Opadamy w dół i jedziemy wzdłuż wijącej się rzeki, którą kilka razy przekraczamy, czy to mostkiem czy to kamiennym brodem. Zaglądamy w bok do okolicznych wiosek, gdzie policjanci najwyraźniej kogoś szukają. Łapie nas kolejny krótki, ale niezwykle intensywny deszcz. W trakcie jazdy zakładam coraz cieplejsze ciuchy i zmieniam buty na nieprzemakalne. Po chwili z Murzynką chowamy się pod moją wielką peleryną. Na niewiele się to zdaje. Woda strumieniami spływa do moich butów, zalewa plecaki. Sprzęt foto schowałem głęboko, jak tylko się dało. Nagle ulewa ustaje. Robi się bajecznie. Dookoła góry, których kształty i barwy w promieniach przebijającego się przez chmury słońca zmieniają się jak w kalejdoskopie, są wprost niewiarygodnie kolorowe we wszelkich odcieniach brązów, czerwieni, szarości i Bóg wie jeszcze czego. Pokazują się mozaiką zieleni i rdzawej czerwieni uprawne pola. Za kolejnym zakrętem w dole wyłania się potężna rzeka, jej przełom opasuje ogromnym łukiem wielkie góry wyglądające, jakby jakiś nadzwyczajny artysta ozdobił je paletą kształtów, figur i barw. Krajobraz jest surowy i jednocześnie niezwykle plastyczny, wręcz graficzny. Szaro-burzowe niebo dodaje całej scenerii dodatkowej dramaturgii a rozproszone światło wydobywa każdy odcień barwy ziemi, wody i nieba. Za kolejnym załomem pokazuje się niespodziewanie grupa soczysto zielonych drzew, na ścianie góry brązowymi plamami wolno przesuwają się po urwisku krowy niespiesznie poganiane przez pasterza, mijamy jeźdźca okutanego w pasterskie koce, który przyjaźnie macha w naszą stronę. Niezwykły, niezwykły przejazd.

Przystanek autobusowy

   Wpadamy do kolejnej wioski. Oprócz tubylców witają nas coraz czarniejsze chmury. Zaczyna wiać, błyskać się i grzmieć. Coraz bliżej, coraz potężniej. Pytam policyjnego kierowcę, jak daleko jeszcze do celu. 20 – 30 minut. Upłynęły w niezwykle ogłuszającej symfonii grzmotów, świszczącego wiatru i walącego z nieba strumieniami deszczu. Burza rozpętała się dosłownie nad naszymi głowami. Jeszcze nie zdążyła wygasnąć błyskawica, gdy autem potrząsał potężny grzmot. W takiej scenerii dotarłem wieczorem na odległy od centrum komisariat policyjny w Thaba-Tseka. Mój umundurowany kierowca pyta dokąd zmierzam w mieście. Mówię przez deszcz, siedząc ciągle „w kucki” na pace, że do banku i łóżka. Pomogę ci, odpowiada.   

 

Thaba-Tseka, łóżko wielkości pokoju.

    Zajeżdżamy pod bankomat. Działa! Wsadzam do kieszeni policjanta, siedząc już w kabinie pojazdu, jeden banknot. Hotel? 500 Randów (170 złotych!) za noc, odpada. Zawozi mnie pod coś na kształt kontenera budowlanego zbudowanego z płyty pilśniowej, których w zwartym szeregu ściana w ścianę stoi kilka. W środku wykwintne rzeźbione małżeńskie łoże wypełniające niemal całą przestrzeń, wielki grzejnik wiszący na ścianie i upchnięte po kątach szafki. 100 Randów, lub Maloti. Obiadokolacja 40, śniadanie 30 w sąsiednim murowanym budyneczku z wielkim telewizorem i nieco większym stołem pośrodku. Wolnostojący „kibelek” kilkanaście metrów po błocie. Łazienką kran wystający z błota na środku placyku. Biorę, bo i tak nie mam wyboru.

  Jerzy Pawleta, Lesoto

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.