RPA. Cape Agulhas. Ciężarówką na podbój Afryki, czyli utknąłem w Hermanus.

  

Moim kolejnym celem w Republice Południowej Afryki jest Cape Agulhas, Przylądek Igielny, najbardziej na południe wysunięty przyczółek kontynentu afrykańskiego, miejsce spotkania dwóch Oceanów, ciepłego Indyjskiego od wschodu i zimnego Atlantyckiego od zachodu. Tu kończy się Afryka.

   Na dworcu kolejowym Cape Town, wyczytując z mojej mapy, że tory kolejowe biegną do Bredasdorp (ok.200 kilometrów od Kapsztadu) w pobliżu przylądka, proszę o bilet do tego miasteczka. Otrzymuję uprzejmą informację, że tam pociągi nie dojeżdżają. To może chociaż do Caledon w połowie drogi? Też nie. Mogę dojechać do Strand. Kilkadziesiąt kilometrów od Cape Town. A co potem? – pytam.

Są murzyńskie taksówki, pada odpowiedź. OK, why not? Kupuję za kilkanaście Randów bilet pierwszej klasy i za godzinę wysiadam w gorącym, pustawym miejscu. Łapię minibusika i pytam o Bredasdorp. Murzyn tylko łapie się za głowę. To chociaż do turystycznego Hermanus nad oceanem… Nie ma mowy. Może zawieźć mnie poza kursem, prywatnie, ale za 500 RSA (dzielimy przez 2,5 – 3 czyli niecałe 200 PLN). Chyba zwariował od upału.

   Łapię następną, to samo. Pytam więc jak mam się dostać do Hermanus (w połowie drogi nad Cape Agulhas), bo autobusy tu też nie kursują. Odpowiedź jest jedna. Autostop. Podrzucają mnie na główną drogę w kierunku na Caledon i Hermanus, życzą dużo szczęścia. Pewnie się przyda. Na kartce papieru mazakiem piszę wielkie „Hermanus” i w towarzystwie murzyńskiej rodziny machającej leniwie w stronę nadjeżdżających pojazdów wypatruję mojego zbawiciela.

   Już po 15 minutach zatrzymuje się ciężarówka. W szoferce aż czarno od ludzi, na pace jeszcze dwóch młodych, jeden Murzyn, jeden kolorowy. Kierowca, też mocno ciemny łamanym murzyńsko angielskim tłumaczy, że jadą gdzieś tam, ładują drewno a potem to już niemal do Hermanus. Super. Chłopaki pomagają wtaszczyć się z moimi dwoma plecakami na pakę i śmiejąc się wystawiają w górę kciuki. Ruszamy. Wyciągam kamerę by nakręcić szaloną jazdę i piękne widoki na góry zamykające turkusowo błękitną zatokę, ale tak trzęsie i wieje, że nie wiem, co łapać najpierw. Czapkę, „autostopowy” notes czy inne słabo przytroczone elementy mojego ekwipunku. Nagle przewraca się wiadro z rozpuszczalnikiem i resztami pomarańczowej farby. Cała jedna moja nogawka i kawałek plecaka zmieniają ubarwienie. Niezła jazda!  

   Jest jak powiedział kierowca, z paką załadowaną drewnem, przyklejony do szoferki (już tak nie wieje) docieram pod samo Hermanus. Natychmiast łapię murzyńską taksówkę (minibusika) i za 5 RSA (a nie 500) docieram na targowy ryneczek miasteczka. Jest kierunkowskaz: plaża i informacja turystyczna. Pełna kultura. Jeszcze większa w informacji. Pytam o najtańszą akomodację. Jest hostel Hermanus Backpackers, 95 RSA za nocleg w sali wieloosobowej. Murzyn dzwoni potwierdzając wolne miejsce i nieoczekiwanie cena spada do 80 RSA. Sama.

   15 minut spaceru gorącą małomiasteczkowo-turystyczną główną ulicą z knajpkami, sklepami, bankami, bankomatami a nawet kafejką internetową i docieram na peryferia, gdzie ulokował się (26 Flower Street, choć nigdzie nie ma nazwy ulicy, nawet pytana czarna policjantka nie zna tej nazwy, ale zna miejsce) hotelik z małym basenikiem w patio i nadzwyczaj serdeczną atmosferą.

   Lokuję się na moim wyrku, przepakowywuję plecaki i zmykam „na miasto”, czyli na słynną Cliff Path, kilkunastokilometrową ścieżkę biegnącą nad oceanem, z której w odpowiednim czasie, między czerwcem a listopadem, widać dziesiątki przepływających wielorybów, które przybywają tu, by się rozmnażać. Przy dużym szczęściu nawet w odległości do trzydziestu metrów. Jest to najlepsze miejsce na świecie do ich obserwacji. W połowie listopada, czyli w czasie gdy ja tu jestem (tutejsza wiosna, początek lata) wieloryby już odpływają. Ale i tak miałem szczęście zobaczyć kilka sztuk baraszkujących w błękitno-zielonych wodach Walker Bay. I ogarnęło mnie dziwne podniecenie, jak i grupkę turystów wypatrujących tych ssaków z małych platform widokowych rozlokowanych wzdłuż trasy, wynikające z odległego bądź co bądź spotkania z tymi niezwykłymi zwierzętami. Dźwięki wydobywane przez nie, przenoszone przez mikrofony usytuowane pod wodą przy bojach Zatoki Walkera, słychać w małym sympatycznym muzeum portowym.

Inną atrakcją okolicy, na drugim końcu zatoki w Gansbaai, jest nurkowanie z rekinami. Kilkugodzinna przygoda kosztuje ok. 800 RSA. Opatulonego w piankowy ubiór delikwenta wsadza się do metalowej klatki, zanurza w oceanie, nęci się rekiny świeżym mięsem zanurzanym w okolicach klatki i… bliskie spotkania z podwodnymi drapieżnikami gwarantowane! Stalowa musi być nie tylko klatka, ale i nerwy…

   Kolację, nie, nie z resztek, które zostawił rekin, kupiłem w popularnej wśród kolorowej ludności taniej KFC, twister 20 RSA, i skonsumowałem na ławce z widokiem na wieloryby i ogromną zatokę.

W ciemnościach wróciłem do swojej bazy i z przyjemnością wyciągnąłem nogi na wyrku w oczekiwaniu na sen i kolejną przygodę.

3 Komentarze

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.