Kreta, turystyczna północ pełna magicznych zakamarków. Na początek małe Stalos i wielka Chania.

Port w Iraklionie

Wsiadamy w miejski autobus. Ten po kilkuset metrach nieoczekiwanie zmienia trasę i skręca na normalną miejską stację benzynową. Ku uciesze pasażerów i  zaskoczeniu pracowników stacji, którzy również kwitują to zdarzenie uśmiechem, tankuje paliwo do autobusu!

Zachodnia część wyspy, gdzie założyliśmy swoją bazę, uważana jest przez wielu za najciekawszą. My zamieszkaliśmy w jej północnej części,  gdzie (patrząc na całość północy) dominuje turystyka i wielkie, jak na Kretę, miasta (średnio ciekawa stolica Iraklion, piękna Chania czy Rethimnon – te zwiedziliśmy). Tutaj też znajdziecie Knosos, największą pozostałość kultury minojskiej, czyli rozległe ruiny pałacu pochodzącego z 2000–1400 p.n.e. zwanego labiryntem kreteńskim. Oraz wiele piaszczystych, piaszczysto-kamiennych, często bardzo malowniczych plaż, jak chociażby ta w Balos.

Malowidła w pałacu Knosos

Kąpiel o zachodzie słońca w Kato Stalos

Zamieszkaliśmy w turystycznej mieścinie Kato Stalos, kilka kilometrów od zabytkowej Chanii, w małym hoteliku z basenem. Zaletą Aniko, bo tak się nazywa pensjonat, oprócz bezpośredniej bliskości morza był dobrze wyposażony aneks kuchenny, duży balkon, domowa atmosfera i gospodyni, która częstowała swoich gości własnymi wypiekami. Pobyt zaczęliśmy klasycznie – od nieustających kąpieli w morzu i basenie. I rozglądaniu się dookoła. Ale niespecjalnie było czemu. Mieścinka jakich wiele, chaotyczna architektura upstrzona reklamami niezliczonej ilości barów, restauracji, hoteli, sklepów.

Postanowiliśmy znaleźć starą część miasta. Nie było takiej. Szukaliśmy dalej. W górach, kilka kilometrów od miasta znaleźliśmy wioskę Stalos. Zapewne od niej nazwę wziął nadmorski kurort. Dobra godzina marszu asfaltową drogą pod górę okazała się strzałem w dziesiątkę. Senna wioska z ubranymi na czarno kobietami wysiadującymi przed domem, mężczyznami dysputujących nad kawą i domową rakiją przy stoliku stojącym na ulicy przed lokalną knajpką, starym sklepikarzem uśmiechającym się do nas zza wielkich drucianych okularów wyglądała jakby czas na Krecie się zatrzymał. Magiczne widoki na okoliczne góry, które dochodzą do 2.400 metrów npm, mały cmentarzyk z kapliczką obrócony w ich stronę oraz cisza i spokój – to wszystko było absolutnym przeciwieństwem dla nadmorskiego zamieszania.

Obrazki ze Stalos

Kolejną zaletą wypadu było odkrycie usytuowanej niemal w połowie drogi do Stalos rodzinnej restauracji „Markos” serwującej tradycyjne kreteńskie dania. Gotowała i obsługiwała (licznych) gości cała rodzina. Ciekawostką był brak jakiegokolwiek menu. Gospodyni zapraszała do kuchni, gdzie przygotowane były wszystkie potrawy. Otrzymywało się duży, średni lub mały talerz i można było wybierać do woli. A było w czym. Od ryb i owoców morza (pyszne krewetki w sosie pomidorowym), poprzez faszerowane warzywa (tu polecamy zapiekanego bakłażana faszerowanego mielonym mięsem z kołderką z owczego i koziego sera lub pyszne kwiaty cukinii nadziewane pastą z mięsem) po pełną gamę lokalnego mięsiwa (jagnięcina palce lizać!). No i pierożki z kruchego ciasta nadziewane owczym i kozim serem ze szpinakiem. Do tego domowe wino …i uczcie nie było końca. Za 27 € cała nasza trójka najadła się do woli. Miało wyjść tanio, wyszło jak zwykle J

Chania. Port Wenecki i Meczet Janczarów

Następnego dnia wybieramy się lokalnym autobusem do Chani, drugiego co do wielkości miasta Krety. Komunikacja działa bardzo dobrze, ale tania nie jest. Płacimy 1,60 € od osoby w jedną stronę. Dworzec autobusowy usytuowany jest w samym tyglu południowego hałaśliwego miasta dosłownie kilka kroków od starej, zabytkowej części. Założona przez Wenecjan Chania powstała w miejscu pochodzącej z ok. 3400 r. p.n.e. minojskiej osady. Do dzisiaj na pięknym starym mieście rozlokowanym wokół weneckiego portu przetrwały spore fragmenty architektury obronnej, wiele XIII – XVI wiecznych kamienic z okresu panowania weneckiego czy tureckiego.

Wypełniony niezliczoną ilością sklepów, sklepików, barów, restauracji czy lodziarni deptak biegnący od parku do portu wciąga nas, jak i tysiące turystów z całego świata, w swój głąb.  Międzynarodowy pochód, ten który nie dał się wcześniej skusić dobrami wiszącymi już nie tylko w sklepach ale wychodzącymi kolorową ławą na ulicę, zgodnie zatrzymuje się przed greckokatolickim kościołem.

Na wielkim placu przed świątynią orzeźwienie upałem przynosi głowa lwa wkomponowana w kamienną bryłę. Wystarczy przekręcić mały kurek i z pyska leci orzeźwiająca zimna woda. Tak odświeżeni wchodzimy do świątyni. Kalinka zgodnie ze swoim rytuałem zapala świeczki (jak we wszelkich kościołach, które odwiedzamy) i z ciekawością przygląda się złotym ikonom olbrzymiego ikonostasu. Po czym bierze mój wielki aparat i sama zaczyna robić zdjęcia.

5 zdjęć zrobionych przez Kalinkę, super, no nie?

Idąc dalej niezbyt długim deptakiem docieramy do miejsca, gdzie tłum jeszcze bardziej potężnieje. Choć wydawało się to niemożliwe. Jesteśmy w półkolistym porcie, którego nabrzeże ściśle oklejone jest knajpkami. Gdzieniegdzie udało się wcisnąć pomiędzy nie sklepikom z pamiątkami czy biżuterią. Kelnerzy zapraszają do skosztowania pysznych dań, grajkowie uliczni usiłują przekrzyczeć nawoływaczy zapraszających na rejs różnej maści stateczkami, artyści wystawiają i sprzedają swoje prace, rysują karykatury. Przez cały ten tłum i harmider udaje się nam zauważyć ciekawą latarnię morską stojącą majestatycznie na końcu długiego kamiennego wału ochronnego.

Mijając kolejne knajpki i sklepiki, jasne kopuły dawnego Meczetu Janczarów, zamienionego obecnie na galerię sztuki, przy którym swój nieformalny przystanek mają dorożki zapraszające na przejażdżkę po starym mieście, docieramy na obrzeża portu. Panuje tu kojąca cisza. Niespecjalnie też przyciąga tu gości designerska knajpka stworzona w jednym z  dziewięciu zachowanych XV-wiecznych przylegających do siebie arsenałów (oryginalnie było ich dwadzieścia trzy), pokrytych ołowianymi dachami wielkich hal zbudowanych z kamienia a używanych do budowy i przechowywania galer.

XV-wieczne arsenały przy porcie

Długi spacer kamiennym falochronem wieńczy seria zdjęć przy (zamkniętej niestety) zabytkowej latarni.

Upał daje się na niczym nieosłoniętej przestrzeni mocno we znaki. Uciekamy więc do pierwszej ocienionej wielkimi drzewami przyportowej tawerny. Cola, mrożona kawa i kufel zimnego piwa skutecznie gaszą pragnienie. Aby mocniej się schłodzić zamawiamy dodatkowo pucharek lodowy. Cena też nas zmroziła. Trzy niewielkie gałki kosztują 5 €.

Zapuszczamy się w głąb labiryntu przyportowych uliczek usianych sklepikami i knajpkami. Najciekawszy fragment to Kasteli, maleńka dzielnica wznosząca się w stronę bizantyjskich i weneckich murów obronnych. Oprócz nieskończonej ilości barów i tawern mijamy ruiny weneckiego Palazzo i starą łaźnię turecką.

Jakby było nam mało zakupowego szaleństwa, wracając na dworzec autobusowy wstępujemy do zbudowanej w roku 1923 hali targowej spodziewając się charakterystycznego zgiełku południowego targowiska. Niestety, miejsce mocno się skomercjalizowało i mimo, że ciągle można tu kupić owoce, oliwę, zioła i przyprawy (w tym sławne kreteńskie oregano), sery czy pyszny lokalny miód szybko opuszczamy to tętniące niegdyś autentycznym życiem miejsce. Jedynym zakupem jest miodowa rakija kupiona u pracującej na targu  Polki mieszkającej już na stałe w Chani, która opowiada o swojej pracy na Krecie. Trzeba wspierać naszych. A rakija na pewno się nie zmarnuje ;-)

Do siebie wracamy już w nocy. Wsiadamy w miejski autobus. Ten po kilkuset metrach nieoczekiwanie zmienia trasę i skręca na normalną miejską stację benzynową. Ku uciesze pasażerów i  zaskoczeniu pracowników stacji, którzy również kwitują to zdarzenie uśmiechem, tankuje paliwo do autobusu! W pośpiechu drukowana jest faktura i po chwili kierowca biegnie do pojazdu przepraszającym uśmiechem zwracając się w naszą stronę. No tak, chyba zapomniał zatankować na bazie. To się nazywa luz południowca :-)

Chania 2013

 

4 Komentarze

  1. Chania jest piekna ale warto wypozyczyc samochod i pojechac na wschod Krety i po wijacej i stromej drodze, czasami tak waskiej , ze wydaje sie ze dwa samochody sie nie zmieszcza a tubylcy mijaja sie dostawczymi samochodami lusterko przy lusterku, zjechac w dol gory i wykapac sie na dzikiej plazy-bezcenne!
    Tak na marginesie ‚ obiad dla trzech osob za 27 € ? To przeciez darmocha! Nie mozna wszystko przeliczac na zlotowki, bo to domena Polakow;)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.