Nepal. Pashupatinath. A prochy zmarłych płyną do świętej rzeki Ganga.

Nepal. Katmandu. Już te dwa słowa powodują mrowienie na plecach każdego obieżyświata. A co dopiero, gdy dasz się oszołomić kolorowemu zgiełkowi miasta, zapachom kadzideł i gotowanych pierożków, smakowi nepalskiej milk tea, uśmiechowi orientalnych ludzi. A to dopiero początek, wstęp do osiągnięcia namiastki nirwany, harmonii ducha i ciała, dotknięcia esencji tego kraju, jaką bez wątpienia są, zupełnie jakby nie z tego świata, miejsca wyjątkowe – świątynie.

I tym jest Pashupatinath. Hinduski kompleks świątynny poświęcony Sziwie, bogowi, któremu hołd składa się winem, piwem i mięsem wołu lub koguta. Lingi, kamienne fallusy licznych kaplic, oddają ziemi świeżą krew poświęconych zwierząt. Pielgrzymi zanurzają swe utrudzone drogą, oblepione kurzem Nepalu chude ciała w przecinającej święte miejsce na dwie połowy rzece Bagmati. Wierzą, że ta kąpiel w wodzie zmieszanej z prochami poddanych spaleniu zmarłych Hindusów spowoduje, iż nigdy nie doznają wcielenia w zwierzę.

 

Siedząc w kamiennym amfiteatrze vis’a’vis stanowisk do kremacji, do których dostęp mają jedynie Hindusi dostrzegłem sadhu i jogina ucinających sobie dysputę w cieniu świątynnych wież. Nie oparłem się ustrzeleniu fotki. I dalej w skupieniu obserwuję ceremonię palenia zwłok. Z zadumania wyrwało mnie delikatne stuknięcie w ramię. Money, mister. Jogin nie omieszkał wykorzystać okazji do wyciągnięcia grosza od białasa. Postanowiłem nie oddawać pola bez walki. Po krótkim targu zgodził się na małą sesję, a widząc moją determinację i chęć „pożarcia” wszystkiego dookoła obiektywem aparatu, powiedział: bądź cierpliwy. I zniknął.

Wrócił za pół godziny: jeśli chcesz, mogę zaprowadzić cię do świętego Baby, rozmawia ze swoimi uczniami na górze Kajlasa. Weszliśmy drogą wśród kaplic, okupowanych głównie przez małpy, i starych, bogato rzeźbionych, ale będących niemal w ruinie domów zamieszkałych przez nielicznych, skrajnie biednych Nepalczyków, na wzgórze usiane kolejnymi świątyniami. W jednej z nich nauczał stary Baba.

Ciemno. Jedyne światło wpada przez uchylone drzwi. Baba siedzi pośrodku kręgu utworzonego przez kilkunastu słuchaczy przykryty masą koców, kołder i Bóg wie czego jeszcze. Kiwnięciem głowy wskazuje mi miejsce na ziemi pomiędzy Hindusami. Łagodny uśmiech na twarzy i… spokojna rozmowa toczy się dalej. Wreszcie Baba zwraca się do jednego z Hindusów i ten tłumaczy łamaną angielszczyzną pytania swojego przywódcy duchowego. Skąd jestem, jaki jest mój stosunek do wolności, pokoju, co myślę o Nepalu i Nepalczykach. Wywiązuje się dłuższa, skomplikowana rozmowa przerywana niekrępującymi chwilami milczenia. Towarzyszy jej nieuchwytna atmosfera mistycyzmu. Po jednej z przerw, ze swoim łagodnym uśmiechem na twarzy, Baba dzieli się ze mną kawałkiem glinianego, podsuszonego chleba i pozwala na zdjęcie. Rozmowa skończona. W powtórzonym za Hindusami geście kłaniam się nisko czołem niemal do podłogi. Znów łagodny uśmiech. Siedzę jeszcze chwilę, rozmowa bez mojego udziału wraca na właściwe tory, poczym niezdarnie, z przepraszającym uśmiechem, podnoszę się z podłogi i dziękując wychodzę. Żegna mnie pogodny uśmiech Baby i dodające otuchy spojrzenia pozostałych Hindusów.

Jogin czeka na zewnątrz. Mister, jest to na co czekałeś! Bogowie wynagrodzili Twoją cierpliwość! I ciągnie mnie z powrotem nad brzeg Bagmati. Sadza na potężnych schodach amfiteatru. Po chwili w kamiennej bramie po drugiej stronie rzeki pokazuje się dostojny orszak, gra wojskowa orkiestra, amfiteatr i okoliczne mostki zapełniają się tłumem gapiów. Miałem szczęście, trafiłem na wystawną ceremonię kremacji dostojnika wojskowego.

W Pashupatinath zostałem do zmroku, sycąc się zapadającą ciszą i widokiem medytujących sadhu, którzy rozmywali się niczym zjawy w wieczornej mgle i nisko kładącym się dymie ostatnich dopalających się stosów.

Jerzy Pawleta

Pashupatinath

Katmandu, Nepal

www.jerzypawleta.pl

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.