Dzień drugi w Oaxaca, czyli mezcal i Mitla Zapoteków

Dzień drugi w Oaxaca  to 9-ty dzień mojej podróży przez Meksyk.

Po śniadaniu w pięknym magicznym zabytkowym klasztorze w Oaxaca (w którym spaliśmy) wyruszamy w drogę Doliną Tlacolula, która zaczyna się niemal w mieście. W kotlinie tej już w VII wieku przed naszą erą powstały pierwsze ważne cywilizacje Mezoameryki. Swój rozkwit polityczny i kulturalny zawdzięcza Olmekom, Zapotekom, Mistekom, Aztekom i Hiszpanom. Chociaż ci ostatni drastycznie przerwali rozwój kultur indiańskich, wprowadzając w to miejsce zupełnie nową kulturę i religię. Zobaczymy to naocznie w miasteczku Mitla, usytuowanym niemal na końcu doliny.

Ale najpierw podziwiamy w Santa Maria del Tule największe drzewo Meksyku, którego wiek szacuje się na 2000 lat. Potem w destylarni na skrzyżowaniu dróg dowiadujemy się jak powstaje jeden z trzech kultowych napojów alkoholowych Meksyku wytwarzanych z agawy. Jest nim składowany w dębowych beczkach mezcal, od których nabiera intensywności swojego zabarwienia. Degustujemy jasny młody wysokoprocentowy mezcal i starsze ciemne roczniki. Zagryzamy pomarańczami maczanymi w chili. Lub jasnymi robaczkami wyłożonymi na talerzu. Takie meksykańskie drugie śniadanie. W każdej butelce mezcala pływa jeden jasny osobnik. Dobrą jakość alkoholu poznajemy po tym, gdy opada on na dno butelki.

Niezwykle ciekawa jest wizyta w jednej z indiańskich wiosek, w domu w którym cała wieloosobowa rodzina uczestniczy w produkcji, farbowaniu i tkaniu fantastycznie kolorowych materiałów. Wzory i rysunki na tkaninach są oszałamiające. Nic dziwnego, że znajdują wśród nas wielu nabywców.

Czas na wspomnianą wcześniej Mitlę, miasto-państwo Zapoteków, które po upadku Monte Alban nabrało szczególnego znaczenia w tym rejonie. W szczytowym okresie liczyło ponad 10 000 mieszkańców. Gdy przejęli je Mistekowie, odcisnęli na kamiennym mieście swoje artystyczne piętno. Fasady świątyń pokryte są geometrycznymi ornamentami. Szczególne wrażenie robią wszechobecne „kręgi życia”. Nad całością góruje jednak chrześcijański kościół Inglesia de San Pablo postawiony na gruzach indiańskich budowli. Do jego budowy użyto oczywiście kamieni ze zrujnowanych świątyń Misteków. Szacunek konkwistadorów do obcych kultur nie był godny naśladowania. Sam kościół żyje dzisiaj swoim niespiesznym indiańsko-chrześcijańskim życiem. Natomiast teren wokół niego aż kipi od straganów na których kupić można wszelkie indiańskie lub indiańsko podobne rękodzieło. Od wspaniałych białych haftowanych lub wyszywanych bluzek po sławne w tym rejonie, bajecznie kolorowo malowane drewniane figurki zwierząt i mitycznych stworów. Jest w czym wybierać. Nie wyjeżdżamy stąd z pustymi rękami. A sok z wyciskanych owoców studzi rozgrzane targowaniem się gardła. Paniom. Panowie zostają przy coronie. Obdarowane małymi pluszakami miejscowe dzieciaki długo machają nam na do widzenia.

Na popołudniowy spacer po mieście i kolację wracamy do Oaxaca. Trzeba iść wcześnie spać, bo jutro pobudka o czwartej rano. Lecimy do Tuxtla.

Więcej o Meksyku na mojej stronie:
http://jerzypawleta.pl/2010/01/zapisi-z-meksyku-2/

Zapraszam :-)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.